Skoro nasze władze nie są w stanie zadbać o swoich obywateli na Wschodzie, to jak poradzą sobie z zadbaniem o uchodźców z Afryki? Najpierw trzeba rozwiązać problem repatriacji – mówi Jakub Płażyński, adwokat, syn marszałka Macieja Płażyńskiego, współzałożyciela PO.
Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna



Reklama

Reklama
Pana ojciec...
Będziemy rozmawiać o ojcu?
Też. Minęło ponad pięć lat od jego śmierci w katastrofie smoleńskiej.
I o tym nie chcę mówić. Przeżyłem to, przepracowałem, to są moje doświadczenia osobiste i proszę mnie nie pytać.
Nie o Smoleńsk chciałam pytać, tylko o Polaków na Wschodzie. Byłam dziś w Liceum Polonijnym i tam usłyszałam: dopóki żył marszałek Płażyński, była większa nadzieja, że Polacy na Wschodzie, w byłych republikach sowieckich, mają szansę na Polskę.
I przez ostatnie pięć lat próbowałem robić wszystko, żeby Polacy na Wschodzie mogli nadal mieć nadzieję.
I co?
Nic. Właśnie nic. Projekt obywatelski, zbiórka 250 tys. podpisów, dwa projekty nowelizacji ustawy o repatriacji. I cisza.
Za dużo pan chciał.
Ja? Zrealizowanie akcji repatriacyjnej to moralny obowiązek Polski wobec Polaków na Wschodzie pozostawionych samym sobie. Ale jak to u nas w Polsce, rozmowy toczyły się miesiącami i wszystko utknęło w szafie. Były dyskusje, uzgodnienia i brak decyzji, brak stwierdzenia: tak, robimy to, rozstrzygamy zakres i czas repatriacji. Wie pani, ostatnie dwa lata życia ojciec poświęcił działalności we Wspólnocie Polskiej i dbaniu o interesy Polaków i Polonii nie tylko na Wschodzie, lecz także na całym świecie. Kilka wartościowych projektów powstało, Wspólnota Polska zaczęła tętnić życiem. Szkoda, że cała jego ciężka, codzienna, żmudna praca została zaprzepaszczona.
Ilu jest Polaków na Wschodzie?
Trudno obliczyć.
A tych, co chcieliby przyjechać do Polski i tu żyć?
W samym Kazachstanie przynajmniej 50 tys.Polaków, i duża część z nich jest zainteresowana repatriacją. Najstarsze pokolenie już wymiera. A młodsze pokolenia często są zasymilowane albo po prostu mają dość czekania na gesty z Polski i wybierają Rosję.
Putin im daje obywatelstwo rosyjskie od ręki?
Oczywiście, że daje. Wszystkim z byłych sowieckich republik daje. Rosja swoje problemy demograficzne próbuje załatać każdym możliwym sposobem.
A my?
My mamy dwa i pół tysiąca przyrzeczeń przyjazdu do Polski, których od 2000 r., czyli od 15 lat, nie udało się zrealizować.
Pan by dawał wszystkim polskie obywatelstwo?
Nie, skąd. To wyróżnienie. Wystarczy legalizacja pobytu i czerpanie korzyści z tego, że obcokrajowcy pracują w Polsce.
Przecież repatrianci to są głównie starzy ludzie, ci wywiezieni przez Sowietów na Wschód.
Nieprawda. To już garstka. Większość to ich potomkowie. Jeśli młodzi Polacy w Kazachstanie dostaliby ofertę przyjazdu do Polski, to wybraliby Polskę, a nie Rosję. Ale żeby do tego doszło, potrzebne jest duże zaangażowanie publiczne, polityczne i mozolna praca. Pamięta pani taką akcję „Lato z Polską”, którą organizował mój ojciec? Co roku przyjeżdżało do nas kilka tysięcy polskich dzieci na wakacje. Mówiły o tym media, samorządy się włączały. A teraz co? Cisza. A jak najprościej pielęgnować polskość na Wschodzie? Zapraszać tu młodych i pokazywać im Polskę. Potem proponować tu naukę, otaczać opieką, ułatwiać start. Oni się od razu asymilują, bo się czują Polakami, zaczynają pracę, płacą podatki, rodzą dzieci.
Mamy przyjąć tysiąc emigrantów z Afryki.
Wiem. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc nie można być zaskoczonym. Jednak, kiedy patrzę na to przez pryzmat repatriacji, to wiem, że państwo polskie jest wiecznie nieprzygotowane i zamiast przewidywać zjawiska, myśleć i działać perspektywicznie, potrafi wykonywać tylko doraźne akcje. Systemowych rozwiązań brak, jeśli ich nie będzie, to nie poradzimy sobie z uchodźcami z Afryki, których tysiąc, śmiem przypuszczać, to jest dopiero początek. A skoro nasze władze nie są w stanie zadbać o swoich obywateli na Wschodzie, to jak poradzą sobie z zadbaniem o ludzi, którzy są nam całkowicie kulturowo obcy. Chociażby ze względu na zasadę humanitaryzmu, poszanowanie godności ludzkiej, tym ludziom będzie trzeba pomóc, ale moim zdaniem najpierw trzeba rozwiązać problem repatriacji. Poza tym politycy powinni się zastanowić, jakie będzie stanowisko Polski wobec uchodźców z owładniętej coraz ostrzejszym konfliktem wojennym Ukrainy. Na razie też nie jesteśmy gotowi na ich przyjęcie.
Polacy z Donbasu są w Polsce.
To jednorazowa, doraźna akcja. Mieszkają w ośrodku w Łańsku, w środku lasu. Na razie do czerwca, potem nie wiadomo co dalej. Ich przyjazd nie ma nic wspólnego z ustawą repatriacyjną, tylko z wojną we wschodniej Ukrainie. To pokazuje, że politycy nie mają pomysłu, nie wiedzą, co robić. Był nóż na gardle, trzeba było działać. Teraz noża na gardle nie ma, bo przecież ustawy repatriacyjnej nie trzeba uchwalać z dnia na dzień, repatrianci nie zagrożą strajkami, że nie zagłosują w wyborach, więc nie robi się nic. Ale, przepraszam, można było przez pięć lat coś w tej sprawie zrobić, a nie udawać, że nie ma problemu, że nie ma Polaków na Wschodzie, że oni nas nic nie obchodzą.
Kto dokładnie blokował?
Na co mnie pani chce naciągnąć?
Naprawdę.
Może gdybym opowiedział się po stronie polityki i zaczął agitację polityczną, wszedł do Sejmu, może wtedy ustawa by przeszła.
Ktoś pana szantażował?
Nie. Ale jestem prawnikiem, a nie politykiem, adwokatem, nie posłem, obywatelem, a nie członkiem partii, więc jest mi trudniej. A politycy, no cóż, myślą, na czym mogą zbić kapitał polityczny, czym zabłysnąć, i wiedzą, że repatriacja to nie jest jednorazowy wspaniały sukces. Nie myślą przyszłościowo, bo przecież zaraz koniec kadencji Sejmu. Nie mają świadomości istoty problemu. A ja nie zamierzałem zestawiać na szali interesu publicznego z interesem partyjnym bądź moim osobistym. Mam za sobą kilkadziesiąt rozmów z politykami wszystkich opcji na temat ustawy o repatriacji, zebranie 250 tys. podpisów popierających tę ustawę. I wie pani...
Porażka?
Nie wiem, czy to dobre słowo. Zacząłem rozmawiać z politykami podczas poprzedniej kadencji parlamentu. Wszystkie kluby były za, chciały to zrobić, pierwsze czytanie przeszło bez sprzeciwu. Potem nasz obywatelski projekt ustawy przeszedł na kolejną kadencję Sejmu i wszystkie kluby znowu były za. Byli nawet tacy politycy, którzy widzieli w tym interes państwa.
I?
I zabrakło woli politycznej.
Czyjej?
Prezydenta, premiera, ich kancelarii. Rząd Polski, najpierw z Donaldem Tuskiem na czele, potem z Ewą Kopacz, nie dał repatriantom zielonego światła. Wielokrotne próby konstruktywnej rozmowy spełzły na niczym. Rozmawiałem także z wysokimi urzędnikami MSW i MSZ, przedstawicielami najwyższych organów państwa. Projekty nowelizacji leżały, a ja nie mogłem się doczekać tego, aby w końcu powiedziano: zbieramy podpisy wśród posłów i przedkładamy nowe podejście do tematu repatriacji, aby coś konstruktywnego się wydarzyło. Kadencja Sejmu się kończy i pięć lat pójdzie na marne.
A pan? Dosyć już?
Przewodziłem komitetowi, który zbierał podpisy, potem reprezentowałem ten komitet przed Sejmem i wiem, że trzeba być konsekwentnym. Przez wiele lat przyglądałem się pracy mojego taty i czasami w polityce nad jedną sprawą pracuje się latami. Jednak u niego wiedziałem, że są efekty. Tutaj nie dość, że nie ma efektów, to jest jeszcze wstyd przed Polakami na Wschodzie czy tymi, którzy podpisali się pod projektem obywatelskim.
Słyszałam, że Andrzej Olechowski, który z pana ojcem i Donaldem Tuskiem zakładał PO, wspiera finansowo Liceum Polonijne.
I wspaniale. Jest wiele osób prywatnych wspierających Polonię. Jednak tak naprawdę potrzebne jest rozwiązanie systemowe, konsekwentne działania. Ale jeśli uprawiamy politykę poprzez rozwiązania kryzysowe, to tych rozwiązań nie będzie.
Myśli pan, że polityczni koledzy pana ojca zaprzepaścili jego dorobek?
W kwestii działań repatriacyjnych – tak. Byłem uczony pracy u podstaw, pracy organicznej. Szkoda mi tych lat pracy, zbierania podpisów, wielkiego obywatelskiego zaangażowania.
Biorąc pod uwagę liczbę politycznych przyjaciół mojego ojca, można było oczekiwać, że ci przyjaciele włączą się w działania na rzecz repatriacji, że to będzie w pewnym sensie ich obowiązek, jakiś wyraz solidarności z nim, wdzięczności może. Zakładam, że przyjaciele, z którymi tworzy się wspólną partię, mają to do siebie, że się wspierają nawzajem. I nawet po śmierci jednego z nich idee, które były dla niego najważniejsze, będą pielęgnowane przez tych, którzy zostali. I nie mówimy o niczym, co wykracza ponad ludzkie możliwości, tylko o konstruktywnym działaniu zmierzającym do poprawy systemu. Przecież sprawa repatriantów to powinno być bieżące działanie poselskie klubu, który przez ostatnie kilka lat rządzi Polską.
Pan jest chyba ich wyrzutem sumienia.
Mam wrażenie, że rozmowy, które przeprowadzałem z politykami, miały często charakter wyrzutu sumienia, byłem głosem przypominającym, nawołującym. Ale jak się okazuje, można wypić razem kawę, porozmawiać, ba, obiecać nawet: „zrobimy”, „pomożemy”, jak przychodzi co do czego, to mija pięć lat i nic z tych obietnic nie wynika.
Mówili: ależ pan podobny do ojca?
Mówili. Nie ukrywam, że łatwo mi było umawiać się na spotkania, bo większość tych ludzi znałem od dziecka. Kiedy dorastałem, ojciec zabierał mnie na różne spotkania, więc z wieloma osobami obecnie funkcjonującymi w polityce znałem się osobiście.
Ojciec chciał, żeby pan był politykiem.
Ojciec chciał, żebym skończył prawo, zrobił aplikację i został adwokatem, i był daleko od bieżącej polityki. I tak się stało. Kiedy tata zginął, poczułem, że powinienem podjąć się przeprowadzenia zbiórki podpisów pod projektem ustawy, którą sam przygotował. Mówiłem już o moralnym obowiązku wobec Polaków na Wschodzie. Może to górnolotne, ale kiedy spotykałem się z politykami, to najważniejsze było spełnienie moralnego obowiązku Polski wobec Polaków na Wschodzie. To było też najważniejsze dla ojca. On jak coś obiecywał, to starał się obietnicy dotrzymać i być wiernym samemu sobie. Okazało się, że dla innych polityków nie jest to istotne. Moja wędrówka po gabinetach politycznych była dość długa. Byli tacy, którzy umawiali się na kolejne spotkanie, po czym nie odbierali ode mnie telefonów.
Kto tak zrobił?
Wszyscy. I to, pani redaktor, jest pokazanie, jak politycy traktują projekty obywatelskie, jak są krótkowzroczni. Mnie chodzi o to przede wszystkim, żeby Polska była państwem prawa.
Nie jest?
Nie jest, bo jeśli zobowiązuje się do udzielenia Polakom na Wschodzie polskich wiz, to powinno się ich udzielić. Są ludzie, którzy czekają na wypełnienie tych zobowiązań od ponad 10 lat. Nikt mi nie powie, że w 40-milionowym państwie nie znajdzie się kilkadziesiąt gmin, które mogłyby przyjąć po jednej polskiej rodzinie ze Wschodu. Nikt mnie nie przekona, że nie można wdrożyć w życie programu, dzięki któremu do Polski będzie przyjeżdżać 500 repatriantów rocznie. Tu trzeba zadać pytanie o kondycję państwa polskiego i istotę demokracji. Przecież inicjatywa ustawodawcza obywateli to jest kwintesencja demokracji. Zebraliśmy 250 tys. podpisów i okazało się, że one są nic niewarte. Demokracja w ten sposób staje się fasadowa, taka, w której nie słucha się głosu ludzi.
Boję się, że pan wyemigruje.
Czasami chodzi mi to po głowie. Kończyłem studia za granicą.
Jeśli doszedłby PiS do władzy, to...?
Jeśli jest się w opozycji, to wszystko można obiecać, a potem się nie wywiązać. Wspierać trzeba konstruktywne działania, a krytykować ich brak. Polacy na Wschodzie czekają. Na ulice nie wyjdą, palić opon nie będą.
A i pan do polityki nie wejdzie.
Nie widzę dla siebie miejsca.
Za uczciwy pan jest.
Miło słyszeć. Przyjęcie roli szeregowego posła, który robi politykę, czyli głosuje tak samo, jak jego partia, to nie dla mnie. Wolę być odpowiedzialny za siebie i kreować swoje małe rzeczy.
Jak widać po pięciu latach nic pan nie osiągnął.
W kwestii repatriacji – nic. To jest moja obywatelska porażka. Kiedyś śp. prof. Michał Kulesza mi powiedział: panie Jakubie, niech pan pisze listy. Musi pan zaangażować prezydenta, premiera, to od nich zależy, niech się wypowiedzą. Żałuję, że nie posłuchałem. A teraz co? Mogę tylko wyjść na ulicę i protestować.
Nikt mi nie powie, że w 40-milionowym państwie nie znajdzie się kilkadziesiąt gmin, które mogłyby przyjąć po jednej polskiej rodzinie ze Wschodu. Nikt mnie nie przekona, że nie można wdrożyć w życie programu, dzięki któremu do Polski będzie przyjeżdżać 500 repatriantów rocznie.