- Gdy otrzymałam propozycję od SLD, że wesprze mnie w wyborach, podjęłam ryzyko dołączenia do grona pań, które wcześniej walczyły o prezydenturę. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Miałam poukładane życie zawodowe, prowadziłam program w TVN BIŚ i rezygnacja z tego, co robiłam, co sprawiało mi zawodową satysfakcję, wymagała wyrzeczeń - pisze Magdalena Ogórek w naTemat.pl
Reklama

Magdalena Ogórek twierdzi, że warunkiem jej startu w kampanii było to, że pozostanie kandydatką niezależną. - Moje poglądy tylko w części są zbieżne z programem SLD, o czym wszyscy wiedzieli - pisze.

"SLD obiecało, że zbierze podpisy i dodatkowo wesprą kampanię finansowo. Ustaliliśmy, iż ja będę odwoływała się do wszystkich obywateli, natomiast do elektoratu SLD będzie odwoływała się wyłącznie partia. Przy podejmowaniu decyzji ważne też było dla mnie to, że nie stawiali żadnych warunków promowania SLD, czy ich programu oraz obietnica, że nie będą w żaden sposób ingerować w kampanię. Chodziło im o pokazanie, że wspierają kobietę, która walczy o więcej wolności w sprawach światopoglądowych dla obywateli" - czytamy w oświadczeniu Ogórek.

Jak wyszło? Zdaniem Magdaleny Ogórek niewiele pozostało z początkowych ustaleń. Sztab został wybrany spośród członków partii, a przez pierwsze dwa tygodnie budżet wynosił 0 zł.

"Poinformowano mnie, że zapłacą za nakręcone spoty TV i pozostałe materiały pod warunkiem, że zrezygnuję ze swojej strategii i będę jeździć do lokalnych baronów. Byłam bez wyjścia, bo nie miałam nikogo w sztabie, a zrealizowane materiały były nieopłacone. Dalej to już były tylko przepychanki, nie kampania. Oni grali na przegraną z wynikiem, zbliżonym do dziesięciu procent, a ja skoro poświęciłam karierę i pracę w TV, starałam się na początku walczyć o zwycięstwo, ale ich strategia była dla mnie nie do pojęcia i nie dawała żadnych szans. Przegrana z 1% czy 15% to i tak przegrana. Tak więc zrezygnowałam z kampanii i jeździłam już tylko do ludzi aparatu dziękować za głosy, bo codziennie mnie naciskali, że jestem im to winna. Do teraz nie wiem, na co liczyli, bo na wyniku aparatowi, jak widać nie zależało, skoro 70% ludzi SLD zagłosowało na p. Komorowskiego, a teraz mówią, że chcieli lepszego wyniku" - pisze Ogórek.

Reklama

- To nie jest porażka, to jest klęska. Pod przywództwem Leszka Millera lewica się nie odrodzi. Trzeba zrobić wszystko, by zmienić władze krajowe partii. Partia może się zbuntować: wezwać Millera, by ustąpił, honorowo odszedł. Jeśli zostanie, będzie to śmierć SLD - mówił po wyborach Grzegorz Napieralski.

Grupa polityków SLD chce odwołania szefa SLD Leszka Millera - dowiedziało się Radio Merkury. Jutro zbiera się zarząd partii - ma dyskutować między innymi o porażce Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich i strategii na jesienne wybory parlamentarne.

Wniosek o odejście Millera z funkcji przewodniczącego partii ma złożyć kilku członków partii - deklaruje Grzegorz Napieralski, od marca zawieszony w prawach członka SLD. Mimo to chce złożyć wniosek. "Nawet gdyby mi się to nie udało, to zrobi to jeśli nie kilku, to kilkunastu moich kolegów" - mówi, jednak nie podaje żadnych nazwisk. Zdaniem Napieralskiego, SLD musi dotrzeć do młodych, a z Leszkiem Millerem to się nie uda.

Wiceszef partii Leszek Aleksandrzak w rozmowie z Radiem Merkury mówi, że to nie czas na partyjne rozliczenia. Podobnie uważa lider Sojuszu Leszek Miller, który apeluje by poczekać na wynik wyborów parlamentarnych.