Doniesienia o starcie kampanii Platformy "Polska w budowie" przyćmiewały kolejne szczegóły afery wałbrzyskiej, a przede wszystkim raport Czumy oczyszczający PiS. Nie tak partia planowała start swojej batalii wyborczej - stwierdza "Polska The Times".

"Zdenerwowany to delikatnie powiedziane" - mówi jeden ze współpracowników Donalda Tuska o reakcji premiera na raport szefa komisji naciskowej Andrzeja Czumy. Zgodnie z dokumentem nie ma dowodów na naciski na służby za rządów Jarosława Kaczyńskiego. "Czuma się po prostu kompletnie nam urwał. Szok" - mówi jeden z polityków PO.

Jak odnotowuje gazeta, na piątkowej konferencji prasowej po raz pierwszy od dłuższego czasu emocje widocznie brały górę u szefa rządu.

Oficjalnie Platforma ocenia, że dla kampanii ten raport nie ma żadnego znaczenia. "Po czterech latach rządów PO, mówienie, że PiS jest zły, jest niewystarczającym argumentem by przekonać wyborców" - mówi szef sztabu partii Jacek Protasiewicz.

Reklama

Tłumaczy, że szok w PO na wieść o konkluzjach Czumy bierze się, po pierwsze z tego, że nie konsultował on ich nawet z członkami komisji śledczej z Platformy. "Poza tym chodzi o to, że ten raport kłóci się z ustaleniami w tym temacie innej komisji śledczej, kierowanej przez Ryszarda Kalisza. To więc raczej problem jakości pracy, wizerunku parlamentu, ale na pewno nie naszej kampanii. Raport Czumy nie był elementem naszej strategii" - podkreśla Protasiewicz.

Czuma to nie koniec trudności

Ale Czuma to nie koniec trudności. Kolejnych przysparza wyrok Trybunału Konstytucyjnego pozwalający na korzystanie w kampanii z billboardów i płatnych spotów telewizyjnych. Premier już po orzeczeniu kolejny raz powtórzył, że wielkoformatowe reklamy to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A z punktu widzenia sztabowców to słowa niefortunne, bo na rezygnację z billboardów, gdy będzie je miała konkurencja, też sobie pozwolić za bardzo nie mogą.

Problem w tym, że większość dobrych ekspozycji jest już zajętych. "Pytanie, czy w takiej sytuacji lepiej nie opłaca się jednak zrezygnować i dorzucić pieniądze, które mielibyśmy wydać na billboardy w słabych miejscach, np. na kampanię w internecie. Trwa chłodna kalkulacja" - mówi Protasiewicz.