– W czasie kampanii wyborczej trzeba być wyjątkowo ostrożnym, bo kandydat może wycofać z naszych łamów swoje ogłoszenia – mówi redaktor naczelny jednego ze szczecińskich dzienników.

Dlatego zarówno on, jak i jego koledzy z branży z założenia układają przyjazne relacje ze wszystkimi głównymi siłami politycznymi.

– Żadnej gazecie nie opłaca się zadzierać z ogłoszeniodawcą, zwłaszcza że może on wygrać i pozostać przy władzy przez cztery lata. I dzięki temu nie tracimy szans na kolejne reklamy – mówi naczelny z Katowic.

W czasie kryzysu gazety, zwłaszcza te, za którymi nie stoi silny koncern, nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z pieniędzy za wyborcze i powyborcze ogłoszenia. Wydawcy żyją z ogłoszeń sektora publicznego, a czasem nawet od miejscowych przedsiębiorców, którzy uzależniają swoje kampanie reklamowe od stosunku gazety do lokalnych władz. Koło się więc zamyka, jeśli ktoś chce wydawać gazetę, musi się asekurować i unikać drażliwych dla władzy tematów.

W efekcie gazety zamiast analizować dokonania prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz brać po lupę programy ich kontrkandydatów, organizują nudne debaty, w których lokalni politycy opowiadają o swoich planach. Tak jest m.in. w „Gazecie Krakowskiej”, która swoje łamy oddała głównym kandydatom do fotela prezydenta miasta. Felietony piszą tam wspierany przez SLD Jacek Majchrowski, kandydat PO Stanisław Kracik, a ostatnio dołączył do nich przedstawiciel PiS Andrzej Duda.

– Bardzo brakuje mi krytycznego spojrzenia na programy kandydatów – mówi medioznawca prof. Wiesław Godzic. – W efekcie wyborcy są niedoinformowani, a w kampanii wyborczej panuje chaos.

Jego zdaniem zamiast udostępniać łamy na publikowanie wystąpień i programów, ciężar odpowiedzialności za informowanie wyborców o programach powinni wziąć na siebie dziennikarze. Obywatele powinni otrzymywać rzetelne informacje i na ich podstawie podejmować decyzje o poparciu konkretnego kandydata.

Ale Wiktor Świetlik, dyrektor Centrum Monitoringu i Wolności Prasy, zwraca uwagę, że prasa lokalna jest słaba, bo musi walczyć z nieuczciwą konkurencją. – Niemal w każdym mieście władze miasta wydają bezpłatne biuletyny, które najczęściej nachalnie promują osiągnięcia burmistrza lub prezydenta – mówi Świetlik. – W tej sytuacji trudno się dziwić tak niemrawej kampanii. Media są zbyt słabe, by w pełni wypełniać swą kontrolną funkcję – dodaje.

Ale życie nie znosi próżni. To, czego nie robią zubożałe i zależne od pieniędzy polityków media lokalne, natomiast trafia do internetu. Informacjami obywatele wymieniają się na Facebooku. Rekordy popularności biją tam na przykład strony wyborców Krakowa: „Majchrowski – Kraków Dziadowski” albo „Byle nie Kracik”. Takich emocji w gazetach spotkać nie można.