Zgodnie z doniesieniami frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego w Polsce nie przekracza 25 proc. Biorąc pod uwagę wyniki z 2004 r., kiedy frekwencja wyniosła tylko 21 proc., można się cieszyć, ale kiedy spojrzymy na wyniki z innych państw Unii Europejskiej nie ma zbyt wielu powodów do zadowolenia (67 proc. we Włoszech, 43,4 proc. w Niemczech).

Jak to się dzieje, że ponad 80 proc. z nas deklaruje, że popiera Unię Europejską, a tylko co czwarty Polak fatyguje się by wrzucić kartę do urny w wyborach do jedynej instytucji unijnej, na którą obywatele mają bezpośredni wpływ? Co bardziej zaskakujące najwięksi beneficjenci – rolnicy, nie wzięli masowo udziału w tych wyborach. A przecież Parlament Europejski, który coraz śmielej ingeruje w nasze codzienne życie, z chwilą przyjęcia Traktatu Lizbońskiego uzyska dodatkowe uprawnienia, w tym w odniesieniu do unijnego budżetu.

Procentowo udział w nakładach na rolnictwo europejskie jest w tym budżecie bardzo wysoki. Czeka więc nas dalsza organiczna praca, abyśmy nie byli tylko ćwierćeuropejczykami, lecz dążyli do jak największego udziału w każdych wyborach.

Jarosław Bełdowski, prezes Fundacji FOR