Tym razem nie byliśmy na drugim od końca miejscu pod względem wysokości frekwencji. Ale nie należy cieszyć się nadmiernie. 27 % Polaków znalazło się pośród 43 % wszystkich Europejczyków, którzy skorzystali z demokratycznego prawa oddania głosu. To najgorszy wynik ogólnoeuropejskiej frekwencji w historii wyborów powszechnych do PE. Tak niska frekwencja świadczy o spadającym zaufaniu obywateli do polityków oraz o niewiedzy, czym zajmują się posłowie w Strassburgu i Brukseli. Nie pomogły ani zakrojone na szeroką skalę działania profrekwencyjne samego Parlamentu Europejskiego ani kampanie wyborcze poszczególnych partii. W całej Europie, wyniki tych wyborów jednoznacznie to potwierdziły, demokracja przeżywa kryzys i nie bardzo istnieje pomysł, jak z niego wyjść.
Wyraźne zwycięstwo Platformy Obywatelskiej może być uznane za jej prawdziwy sukces. Partie rządzące zwykle dostają od wyborców żółta kartkę. Tymczasem obywatele, głosując na ugrupowanie Donalda Tuska, pokazali, że zgadzają się z jego polityką. Kryzys, którym straszyli przeciwnicy PO, nie zniechęcił Polaków do poparcia tego ugrupowania. Nie bez znaczenia jest tu jednak na pewno fakt, że to właśnie ci wyborcy – lepiej wykształceni, z większych miast i lepiej zarabiający, a więc elektorat Platformy Obywatelskiej, poszli w niedzielę do urn. Polacy nie dali się natomiast przekonać, że atrakcyjną alternatywą byłaby Libertas. Dla populistycznej partii, stanowiącej zbiór różnych polityków nie widzą miejsca w Strassburgu. Wolą tam wysłać ekspertów, ludzi, którzy będą ich godnie reprezentować i mieć znaczenie w strukturach PE. To dobrze zdany egzamin.
Kierownik Programu Europejskiego i Analityk z Instytutu Spraw Publicznych