W niemieckim tygodniku "Spiegel" ukazał się wywiad z białoruską opozycjonistką, Maryją Kalesnikawą. Osadzona w areszcie Maryja podyktowała odpowiedzi na pytania gazety swojej prawniczce. "Ani przez chwilę nie żałowałam tego, co zrobiłam" - mówi Kalesnikawa.

Kalesnikawa jest działaczką polityczną, jedną z liderek białoruskiej opozycji. We wrześniu próbowano ją wywieźć z Białorusi na Ukrainę, ale podarła swój paszport, uciekła z wiozącego ją samochodu przez okno i poszła w stronę białoruskiej granicy. Oskarżona o wzywanie do działań na szkodę bezpieczeństwa państwa, została osadzona w areszcie pod Mińskiem.

Tygodnik przypomniał, że Kalesnikawa przez dłuższy czas nie miała kontaktu ze swoją prawniczką Ludmiłą Kazak, a jako powód władze aresztu podały kwarantannę ze względu na koronawirusa.

"Odmówiono mi prawa do obrony i możliwości nie tylko osobistego porozmawiania z moją adwokat, ale także napisania do niej. Ta fałszywa kwarantanna nie trwała (zalecane) 10 dni, ale trzy tygodnie - relacjonuje Kalesnikawa. - 22 października zostałam przesłuchana, a 24 października razem z innymi więźniami poddano mnie kwarantannie, niczego nie wyjaśniając. Nie pozwolono nam już wyjść. W ciągu tych trzech tygodni tylko trzy razy zabrano nas z celi, abyśmy się umyły."

Reklama

Opozycjonistka ocenia, że powodem zastosowania wobec niej izolacji może być fakt, że wymieniła w kilku listach nazwiska osób "odpowiedzialnych za przestępstwa wobec niej". "Jeden lub więcej listów, w których szczegółowo opisuję, co mi zrobiono, mimo cenzury dotarł do adresatów tutaj, w więzieniu. Dzięki temu ludzie mogli dowiedzieć się, co się ze mną stało, kto mi to zrobił i kto za tym wszystkim stoi" - podkreślila.

Reklama

Zapytana, jak znosi blisko trzymiesięczny już pobyt w areszcie, Kalesnikawa mówi: "Nic mi nie jest, jestem pełna energii. Po raz pierwszy od wielu lat znów śpię siedem do ośmiu godzin. To dla mnie dużo. Ciągle jestem zajęta, czytam, pracuję nad nowymi projektami. To, co dzieje się w więzieniu, postrzegam jako nowe, przydatne doświadczenie: uczę się, jak działa system od wewnątrz, dużo rozmawiam z innymi tutaj, dowiaduję się, co ich niepokoi". "Widzę wokół siebie wiele bólu i niesprawiedliwości" - relacjonuje opozycjonistka.

Ludmiła Kazak dodaje: "Z Maryją wszystko dobrze, uprawia sport (...), nawet teraz, w areszcie, jest zawsze dobrze ubrana i nadal nosi swoją charakterystyczną czerwoną szminkę. Jej wola walki wciąż rośnie. To osoba o naprawdę silnym charakterze".

Na pytanie, jak uzyskuje informacje o wydarzeniach na Białorusi, Kalesnikawa odpowiada: "W naszej celi jest telewizja z siedmioma kanałami państwowymi i radio. Nie jest to dla mnie wygodne, ale czytam, książki to rekompensują, dają mi do myślenia". Kazak dodaje, że władze w areszcie niedawno z nieznanego powodu zabrały jej klientce książki; zapowiedziała skargę w tej sprawie.

Pytana o próbę wywiezienia jej we wrześniu na Ukrainę, opozycjonistka wspomina: "Byłam w szoku, było wielu mężczyzn, wsadzili mnie nocą do samochodu w lesie wbrew mojej woli. Byłam oburzona tą niesprawiedliwością i broniłam się najlepiej, jak mogłam. Trzymałam paszport, od razu stało się dla mnie jasne, co muszę zrobić, żeby ich plan się nie powiódł. Nie wahałam się i podarłam paszport".

"Oczywiście, że się bałam - dodaje Kalesnikawa. - Ale jeszcze bardziej obawiałam się, że nikt nie zdoła powstrzymać tych ludzi, że pozostaną anonimowi i ujdzie im to na sucho. Zmusiłam się do uspokojenia, obserwowałam ich zachowanie, mimikę, język, reakcje, intonację i ruchy - to były obrazy jak w złym śnie (...)".

Zapytana, czy zdarza jej się wątpić w słuszność decyzji o pozostaniu w kraju, Maryja odpowiada: "Nie, ani przez chwilę nie żałowałam tego, co zrobiłam. To były dla mnie najtrudniejsze dni, ale pokazałam swoją wolę i dotrzymałam obietnicy walki z systemem przemocy i strachu. Nie mogłam odejść i zostawić moich współpracowników, przyjaciół i rodziny".

Na Białorusi od wyborów prezydenckich 9 sierpnia trwają masowe akcje protestu. Ich uczestnicy protestują przeciw reelekcji na urząd prezydenta kraju Alaksandra Łukaszenki i uważają wybory za sfałszowane.

Z Berlina Berenika Lemańczyk (PAP)

bml/ akl/