W maju wisiało nad nią widmo kilkuprocentowego wyniku Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i wejścia do II tury Szymona Hołowni czy Władysława Kosiniaka-Kamysza. To oznaczało podkopanie pozycji PO na scenie parlamentarnej. Znów ‒ jak w 2016 r. ‒ pojawiłyby się pytania o to, czy słusznie to ona jest liderem opozycji anty-PiS. Po lekcji Kidawy-Błońskiej PO zagrało va banque, stawiając na scenariusz odsunięcia majowych wyborów i domagając się wprowadzenia stanu nadzwyczajnego na absurdalnie długi termin (przynajmniej roku). Bezczelność przyniosła szczęście. Bo PiS nie zdecydował się na najłatwiejszy scenariusz wprowadzenia na moment stanu nadzwyczajnego i wyborów już w sierpniu. W takim przypadku zmniejszyłyby się szanse na wygraną Andrzeja Dudy, ale w stawce kandydatów nadal byłaby Kidawa-Błońska. PiS poszedł za to na przesunięcie terminu wyborów, które dawały szansę na wymianę kandydata. PO to wykorzystała. Miała do wyboru kilku kandydatów. Oprócz Trzaskowskiego także Donalda Tuska czy Tomasza Grodzkiego. Obaj byli starsi od prezydenta Warszawy i mogli wydać się mniej ryzykowni.
Jednak to Trzaskowski pozwalał wizerunkowo i generacyjnie wystartować w tej samej konkurencji co Duda. IBRiS i tygodnik „Polityka” zorganizowały badania jakościowe dotyczące wymarzonego kandydata Polaków. Wynikało z nich, że miał on mieć czterdzieści parę lat i rodzinę. Obaj kandydaci byli z tego samego rocznika. Są nawet podobni fizycznie, czego najlepszym dowodem były kampanijne memy z fotomontażem, w którym nałożono twarze ich obu i podpisano „Trzaskeł Dudowski”. ‒ Mieliśmy z nim problem, bo na początku ludzie go nie kojarzyli, więc trudno było go zaatakować ‒ mówi sztabowiec PiS.
Trzaskowski bardzo szybko zdeklasował rywali. A dodatkowo jego kandydatura odcięła tlen liderowi Koalicji Polskiej i PSL. Także kandydat lewicy nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. W efekcie PO nie tylko odbudowała swoje poparcie, lecz także przy Trzaskowskim zaczęły rosnąć notowania tej partii w sondażach.
Polityczną karierę Trzaskowskiego w ramach struktur Platformy można podzielić na dwa okresy. Pierwszy, sięgający 2017 r., to czas poszukiwania pomysłu na zagospodarowanie młodego polityka. Trzaskowski rzucany był na różne odcinki ‒ przez niespełna rok pełnił funkcję ministra administracji i cyfryzacji w rządzie Donalda Tuska (2013‒2014), potem w rządzie Ewy Kopacz objął funkcję wiceszefa MSZ, aż w końcu został wystawiony jako kandydat PO i Nowoczesnej na prezydenta Warszawy. Od tego czasu zaczął się drugi okres jego kariery – osoby do specjalnych poruczeń w PO.
Tak jak PiS kilka lat temu uznał, że nikt nie wykręci lepszego wyniku w nieprzyjaznej dla siebie Warszawie niż młody i ofensywny Patryk Jaki, tak Platforma doszła do podobnego wniosku w przypadku swojego kandydata. To wtedy zaczęto grać na strunach, których brzmienie słyszymy do dziś, że oto Trzaskowski ‒ młody, przystojny, znający języki, wykształcony itd. itp. ‒ jest uosobieniem aspirującej klasy średniej. Młodym Donaldem Tuskiem, który może wyciągnąć swoją własną partię z dna.
Przy czym nawet w samej Platformie mówi się, że Trzaskowski nie do końca dobrze się czuje w formacie samorządowym, zaś Warszawa miała być jedynie przystankiem na jego politycznej drodze. ‒ Obiecano mu względny spokój i merytoryczną pracę u podstaw, ale okazało się, że zarządzanie dwumilionowym miastem i nieustanne odpieranie ataków nieprzychylnych mediów nie jest spacerkiem po parku ‒ mówi nam polityk PO. I widać, że to odgrywanie roli najbardziej „przeczołganego” samorządowca w kraju zaczęło Trzaskowskiego męczyć. Tak jakby celem nadrzędnym wyborów samorządowych w 2018 r. było niedopuszczenie do odbicia bastionu PO w postaci stolicy, ale już nie to, co dalej. Na dziś nie widać, by prezydentura Trzaskowskiego miała odcisnąć jakieś istotne piętno na stolicy. Ale polityczny cel minimum został osiągnięty: Trzaskowski wygrał z Jakim dość nieoczekiwanie w I turze i nie dał PiS przejąć władzy w Warszawie.
Podobnie dziś. Trzeba było znaleźć człowieka do ratowania Platformy przed katastrofą. Kampania była wyjątkowo krótka, a sondażowe straty do nadrobienia ogromne. Trzeba było kogoś do zadań specjalnych. Prezydent stolicy ponoć długo się wzbraniał przed kandydowaniem, ale osoby z jego otoczenia konsekwentnie zapewniały (także na etapie, gdy Trzaskowski nie był jeszcze oficjalnie zgłoszonym kandydatem), że to było jedynie kokietowanie.
W PO Trzaskowski już wygrał. Awansował do I ligi. Przy okazji Platforma, postrzegana jako partia wyjałowiona i reaktywna, zrobiła najlepszą kampanię od lat.