Do wyborów został miesiąc. A przynajmniej tak się może wydawać, bo nadal nie wiemy, na czym stoimy. W zeszłym tygodniu można było sądzić, że po kolapsie majowego głosowania panuje coś w rodzaju domniemanej zgody czy raczej pogodzenia się większości sił politycznych, że wybory odbędą się 28 czerwca lub tydzień później.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Gorski
Taki wydźwięk miał wywiad marszałka Senatu dla DGP, który mówił, że „są kwestie, co do których wszyscy są zgodni, np. że wybory powinny się odbyć, że powinny być w formie mieszanej – tradycyjnej i korespondencyjnej – i że do zaprzysiężenia prezydenta powinno dojść 6 sierpnia”. A skoro tak, to wybory powinny się odbyć do połowy lipca.
Ostatnie dni pokazują, że znów zaczyna się zamęt. W Senacie pojawiły się opinie prawników, a potem pomysły korekty ustawy wyborczej, by przełożyć nie tylko głosowanie, ale wręcz rozpisanie wyborów na sierpień, czyli czekać do końca kadencji Andrzeja Dudy. Prawnie miałoby to dać klarowny powód do rozpisania wyborów, a politycznie osłabiłoby kandydaturę Dudy, który nie startowałby już z pozycji głowy państwa. Jest jeszcze polityczna obawa opozycji, że jeśli wygra jej kandydat, to na podstawie opinii, które napłynęły do Senatu o niekonstytucyjności procedowanej ustawy, PiS złoży protesty wyborcze, a Sąd Najwyższy uzna ich zasadność, czyli zapanuje nowy chaos. Jednocześnie w tym samym Senacie mamy opinie idące w przeciwnym kierunku. Zdaniem NSA chaos nastąpi, jeśli do 6 sierpnia nie wybierzemy prezydenta. Wątpliwości z obu stron nie są błahe. Ale wobec braku wiarygodności Trybunału Konstytucyjnego arbitrem w sporze musi zostać klasa polityczna, i to jako całość.
W skali makro wyborczy rozgardiasz to dotkliwa porażka całej klasy politycznej. Na poziomie bardziej szczegółowym winę można rozdzielać między rządem a opozycją. Ale w ostatecznym rozrachunku to władza ma moc sprawczą i to na nią spada największa odpowiedzialność. Opór opozycji nie może być ostatecznym alibi. To wskutek decyzji PiS, ich braku lub upierania się przy swoim (np. w sprawie ogłoszenia stanu nadzwyczajnego), choć przy czynnym udziale opozycji, znaleźliśmy się na wyborczej terra incognita. Mimo wszystko to PiS ma dziś najbardziej czytelne intencje: jak najszybsze doprowadzenie do wyborów, co zwiększa szansę Dudy, zaprzysiężenie nowej głowy państwa w terminie konstytucyjnym i zapewnienie sobie kilku lat stabilnych rządów.
– Wcześniej nie było zrozumiałe, dlaczego PiS upiera się przy wyborach majowych, teraz trudno zrozumieć motywacje opozycji – wskazuje Jarosław Flis, socjolog polityki. Do niedawna wydawało się oczywiste, że motorem napędowym działań nakierowanych na odsunięcie terminu jest Platforma Obywatelska, która chce kupić więcej czasu na wypromowanie Rafała Trzaskowskiego. Co więcej, PO może to rozegrać dwojako: albo jej kandydat wygra i można będzie odtrąbić sukces, albo przegra i wówczas można zaatakować PiS, że nagięło pod siebie kodeks wyborczy i konstytucję. Tyle że te motywacje też są łatwe do podważenia.
– Do wyborów tak czy owak jest miesiąc. Przesuwanie ich dalej może sprawić, że odbędą się wtedy, gdy trendy się zmienią. Dziwne, że dąży się do przełożenia wyborów w sytuacji, gdy własny kandydat jest na fali wznoszącej. Widać, że w opozycji jest kilka ośrodków decyzyjnych i każdy ma swoje motywacje i interesy – komentuje Flis. Takie głosy słychać także w PO. – O ile w zeszłym tygodniu powszechny był pogląd, że im później, tym lepiej, to teraz pojawiają się głosy, że szybkie rozstrzygnięcie będzie dla nas korzystne – mówi prominentny polityk PO. Stąd już wczoraj było słychać zapewnienia, że wbrew temu, co się dzieje w Senacie, PO idzie z pełną mocą na wybory, nawet jeśli będą 28 czerwca. Politycy Platformy przestraszyli się, że woltę Senatu część ich elektoratu odbierze jako kwestionowanie wyborów i nastąpi to, co po ogłoszeniu bojkotu – spadek notowań Trzaskowskiego.
A to przecież przedstawiciele Lewicy i ludowców zgłosili poprawkę, która zakłada, że nowa ustawa wyborcza weszłaby w życie po 6 sierpnia. To by oznaczało, że sojusznicy PO z czasów kontestowania wyborów majowych teraz chcą je opóźnić. Może pozostałe ugrupowania opozycyjne zaczęły realizować własną agendę? Ale także z tych ugrupowań płyną niespójne tłumaczenia. Jakie mogą być ich motywacje? Chociażby trendy sondażowe i efekt wejścia do gry nowego kandydata. Robert Biedroń od pewnego czasu szoruje po dnie (wyprzedził go Krzysztof Bosak). Władysław Kosiniak-Kamysz też zaczął słabnąć, a przy coraz bardziej widocznej polaryzacji za chwilę może zabraknąć miejsca na jego koncyliacyjne postulaty. W tym kontekście dla jednych i drugich granie na zwłokę może wydawać się korzystne, nawet jeśli nie wiadomo, do czego doprowadzi.
Patrząc na opozycję jako całość, można byłoby uznać, że motywacja jest prosta: skoro PiS nas wciągnęło w wyborcze bagno, to teraz niech nas wszystkich z niego wyciągnie, ale bez naszego udziału. Flis w niedawnym wywiadzie dla DGP zwracał uwagę, że wybory odbywają się dzięki chęci i dobrej woli setek tysięcy ludzi w samorządach, komisjach wyborczych itp. A na razie zmierzamy do modelu, w którym powstaje pytanie, czy osobno wyborów nie powinna zorganizować opozycja, a osobno rządzący – w oddzielnych terminach i z głosami wrzucanymi do oddzielnych urn.