Od Komisji Europejskiej przez Holandię, Hiszpanię po Polskę – władze wielu państw padły ofiarą nieuczciwych firm krzaków i pośredników. Większość tropów ostatecznie prowadzi do Chin. Choć na bałaganie i braku kompetencji urzędników publicznych korzystali też lokalni przedsiębiorcy
Kiedy wybuchła pandemia, priorytetem Chin była maksymalizacja produkcji środków ochrony osobistej. Zabrały się za nią dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy firm, które wcześniej nie miały z taką działalnością nic wspólnego. Władze w Pekinie, eksportując towar do Europy, uprawiały dyplomację maseczek. W praktyce okazało się, że do Unii w większości wysyłano tandetę, która nie spełniała żadnych norm. Jak powiedział nam jeden z przedstawicieli rządu unijnego: „Chiny oszukały wszystkich”. Sprawdziliśmy, kto w Azji produkował na potrzeby UE. I dlaczego wyszła z tego powtórka z Covec, firmy, która poległa na budowie polskiej autostrady ‒ w wersji paneuropejskiej.
„Tanio kupię, drogo sprzedam i nie gwarantuje jakości” – taki sposób działania stał się standardem wielu transakcji. Także tych dokonywanych na szczeblu państwowym, za miliony euro. Problemem są jednak nie tylko pieniądze. Oto jeden z przykładów. Wadliwe maseczki, niechroniące przed wirusem, trafiły do personelu medycznego w Hiszpanii. Władze niektórych regionów zdecydowały się na kwarantannę medyków, którzy przez kilka dni używali maseczek niespełniających norm. Uznano, że podczas pracy mogli zarazić się koronawirusem.
Przykład hiszpański jest skrajny, ale wystarczy zajrzeć do unijnego systemu raportowania o wadliwych produktach (nie tylko medycznych), a znajdziemy wpisy dotyczące maseczek niespełniających deklarowanych parametrów z Belgii, Chorwacji, Danii, Luksemburga czy Portugalii. Z jakością maseczek mieli również problemy Holendrzy. Słowacki premier po otrzymaniu testów mówił z kolei publicznie, że ich skuteczność jest tak mała, że nadają się jedynie do tego, żeby je wyrzucić do Dunaju.
Chiny oszukały wszystkich. Komisję Europejską, Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, gigantyczną liczbę europejskich podmiotów – nie kryje w rozmowie z DGP rozgoryczenia przedstawiciel jednego z rządów.

Wojna ludowa

Druga połowa stycznia 2020 r. Chińskie władze podejmują decyzję o odcięciu od świata miasta Wuhan i kilku przyległych miejscowości oraz nałożeniu na miliony mieszkańców obowiązkowej kwarantanny. Zdecydowanym działaniem rządzący chcą przykryć dotychczasową bezczynność, ale tak naprawdę nie mają innego wyjścia. Zamknięcie całego miasta to eksperyment. Jeśli ma się udać, środków ochrony osobistej będą potrzebowali wszyscy. Nie tylko personel medyczny. Chiny zaczynają na potęgę skupować je za granicą. Jak wyliczyło Biuro Analiz Kongresu – jednostka wspierająca merytorycznie amerykański parlament – do końca lutego chińskie zakupy za granicą niektórych kategorii produktów wzrosły nawet o kilkaset procent.
Na zakupach za granicą na dłuższą metę jednak nie można polegać, bo na tym etapie wciąż nie wiadomo, jak bardzo wirus jeszcze się rozprzestrzeni i ile potrwa pandemia. Władze podejmują więc decyzję o gwałtownym zwiększeniu rodzimej produkcji. Tworzą system zachęt, przede wszystkim finansowych, aby firmom opłacały się inwestycje we wzrost mocy produkcyjnych bądź budowę takowych od zera. Grosza nikt nie skąpi, bo prezydent Xi Jinping ogłosił „wojnę ludową” z wirusem. Na pokład mają się zgłosić wszyscy.
I się zgłaszają. – Wiele z tych firm to były garażowe przedsiębiorstwa produkujące maseczki z czego popadnie, nawet z bibuły – mówi Jakub Jakóbowski z Ośrodka Studiów Wschodnich. W połowie marca, kiedy sytuację w Chinach udało się mniej więcej opanować, a wirus zaczął na dobre rozprzestrzeniać się po świecie, cała ta produkcyjna machina była gotowa na eksport. Dla spanikowanych nabywców względy jakościowe nie miały znaczenia. – Popyt był tak duży, że zaczęła się wolna amerykanka. Jakość tego, co udało się kupić, zależało od tego, na jakiego pośrednika trafiło się na miejscu i jakie miało się koneksje polityczne – tłumaczy ekspert.
Jednocześnie władze w Pekinie robią ciekawy manewr: wprowadzają system licencji eksportowych dla środków ochrony osobistej i sprzętu medycznego, ale tylko dla renomowanych producentów. W ten sposób mogą sterować strumieniem najlepszego towaru. Jeśli ktoś jest ważnym partnerem dla Państwa Środka, może liczyć na kawałek tego tortu (jak np. Niemcy; premier Li Keqiang osobiście zapewniał Angelę Merkel, że jedna z czołowych firm będzie produkować wyłącznie na potrzeby Niemiec). Resztę czekał dziki Zachód.

Papierowe maseczki

Potwierdza to szef jednej z firm, która od lat trudni się handlem produktami medycznymi i od kilkunastu lat prowadzi przedstawicielstwo w Chinach. Mówi nam, że po wybuchu pandemii doszło do prawdziwego wysypu firm i firemek, od poważniejszych, które działały na rynku od dawna i postanowiły poszerzyć asortyment po firmy krzaki. – Tylko do mojej firmy z propozycją współpracy zgłosiło się setki podmiotów – opowiada. I dodaje, że z ich bilansu wynika, że od początku pandemii nie nawiązali większej współpracy z żadną nową firmą. – Tylko z tymi, z którymi mieli kontakt przed wybuchem pandemii – mówi biznesmen.
W większości przypadków jego firma starała się przeprowadzić audyt potencjalnego kontrahenta – od weryfikacji, od jak dawna działa na rynku, przez sprawdzenie certyfikatów, aż po wizytę w miejscu produkcji i inspekcję linii technologicznej. W części przypadków brali próbki i testowali je na własny koszt w laboratoriach, często na miejscu w Chinach. Jeden test to kilkaset dolarów, ale dzięki niemu można sprawdzić, czy maseczka spełnia odpowiednie kryteria. Jak tłumaczy biznesmen, maseczki powinny składać się z trzech warstw: włókniny, warstwy filtrującej i włókniny. Ich działanie określają rygorystyczne normy, które definiują, jaki odsetek cząstek unoszących się w powietrzu powinna zatrzymywać maseczka – w przypadku pewnych klas tych produktów jest to nawet 95 proc. lub więcej. Firma naszego rozmówcy sprawdziła kilka rodzajów. – Niektóre nie miały w ogóle filtra, a w środku był tylko papier. W niektórych przenikalność wynosiła 20–30 proc. – mówi przedsiębiorca.
W „normalnych” warunkach o takie rzeczy nie trzeba się martwić, ponieważ wyroby medyczne podlegają certyfikacji – innymi słowy, jeśli produkt ma odpowiedni papier, nabywca powinien spać spokojnie. Problem polega na tym, że ani sytuacja nie była normalna, ani Chiny nie są zwyczajnym krajem. Jak mówi Jakub Jakóbowski, wraz z gwałtownym wzrostem produkcji w Państwie Środka ruszył również handel lewymi certyfikatami.
Inny urzędnik resortu zdrowia: w sieci można było kupić stare certyfikaty lub podróbki. Zdarzały się sytuacje, że w ogóle nie dotyczyły towarów oferowanych przez sprzedających. Niektóre chińskie firmy, nie mając szans na szybkie zdobycie właściwego certyfikatu od europejskich jednostek, rzuciły się więc do lokalnych laboratoriów. Problem polegał jednak na tym, że zdarzało się, iż dokumenty, za które firmy płaciły po kilka tysięcy dolarów, nie miały żadnej mocy prawnej.
W środku tego chaosu znalazła się też Polska. Dla przykładu 26 marca na Okęciu wylądował jeden z dwu samolotów, którymi nad Wisłę przyleciało 600 tys. zakupionych przez KGHM maseczek z Chin. Wieczorem tego dnia rozmawiamy z biznesmenem od produktów medycznych. Już wtedy mówi nam, że ma podejrzenia odnośnie zakupionych przez KGHM maseczek. Po latach spędzonych w branży wystarczy mu do tego rzut oka na opakowania. – Dla osób, które działają od dawna na tym rynku, łatwo można poznać, czym się różnią produkty – mówi.

Nie krzaki, ale prawie

Oszukane zostało także ministerstwo zdrowia, które w pośpiechu nabyło maseczki od pośrednika (swoją drogą znajomego ministra zdrowia), który był instruktorem narciarskim, a firmę założył dopiero w dniu transakcji z MZ. Resort się broni, że sprawdzili producenta – i nie była to firma krzak. Mars Medical Products z miasta Dongguan (znajduje się nad Hong Kongiem, przylega do Guangzhou i Shenzhen) zajmuje się głównie produkcją sprzętu medycznego, w tym ciśnieniomierzy i stetoskopów. Firma chwali się na swojej stronie internetowej, że udało jej się zdobyć certyfikaty amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA; organ odpowiedzialny m.in. za dopuszczanie sprzętu medycznego do rynku) już w 1998 r. I faktycznie, podmiot regularnie występuje w rejestrze przedsiębiorstw, które kontrolowała Agencja. Informacji o uchybieniach brak. Wczoraj nie udało nam się otrzymać od firmy odpowiedzi na pytanie odnośnie do zakupu maseczek do Polski.
Z firmą zetknął się również nasz rozmówca prowadzący od wielu lat działalność w Chinach. – Znaliśmy ją, bo handluje sprzętem medycznym i to fakt, od dawna istnieje na rynku. Ale kiedy zaczęliśmy sprawdzać dokładniej, okazało się, że produkcją i handlem maseczkami zaczęła się zajmować dopiero, kiedy wybuchła epidemia – mówi biznesmen. Dodaje, że po sprawdzeniu certyfikatów ostatecznie nie zdecydował się na nawiązanie współpracy. Tej samej, na którą zdecydowało się – z fatalnym skutkiem, bo maseczki nie spełniają norm, co okazało się już po zapłaceniu 5,5 mln zł – MZ.
Mars Medical Products nie jest jedyną firmą, która postanowiła zainwestować w produkcję środków ochrony osobistej. Inną jest dotychczasowy producent pieluszek Daddy Baby z miasta Fuqing znajdującego się w prowincji Fujian (leży naprzeciw Tajwanu). W sieci można znaleźć wskazówki, że maseczkową część działalności firma rozwinęła już po wybuchu pandemii. Z kiepskim skutkiem; we Wspólnotowym Systemie Szybkiej Informacji (RAPEX) – rejestrze, do którego państwa członkowskie mogą zgłaszać wadliwe i potencjalnie niebezpieczne produkty – trafił wpis władz belgijskich, które skarżyły się, że zamiast zatrzymywać deklarowane 95 proc. cząsteczek, maseczki tej firmy ledwo osiągały 50 proc.
Z kolei wadliwe maseczki, których dystrybucję po państwach członkowskich wstrzymała Komisja Europejska, zostały wyprodukowane przez firmę Guangzhou Kangling Medical Supplies Limited. Co ciekawe wystarczy wrzucić jej nazwę do przeglądarki, aby trafić na artykuł z końca marca zamieszczony przez „China Daily” – anglojęzyczną publikację wydawaną przez Komunistyczną Partię Chin. Tytuł odnotował, że firma podarowała 200 tys. maseczek delegacji urzędników Komisji Europejskiej, którzy przyjechali na spotkanie robocze w sprawie standardów technicznych.
Pekin doskonale rozumie, że wadliwe produkty medyczne psują wizerunkowy efekt, jaki udało się wypracować dzięki takim gestom. W większości zresztą za otrzymane towary odbiorcy wcześniej zapłacili. – Władze w Pekinie znalazły się w krzyżowym ogniu. Z jednej strony coraz częstsza krytyka jakości produktów z Państwa Środka skłoniła je do tego, aby w pewnym momencie ograniczyć ich sprzedaż za granicę. Wtedy jednak pojawiły się zarzuty, że ograniczają podaż pomimo ogromnego popytu – mówi Jakub Jakóbowski z OSW. Przed oddaniem do druku artykułu nie udało nam się uzyskać stanowiska chińskiej ambasady w sprawie wadliwych środków ochrony osobistej.

Sąd nad maseczkami

Jakóbowski mówi też, że niewielka jest raczej szansa na to, żeby komuś udało się odzyskać pieniądze za trefne maseczki lub inne produkty – przynajmniej jeśli chodzi o roszczenia przed tamtejszymi sądami.
Michał Paprocki, prawnik z kancelarii Chmaj i Wspólnicy przyznaje, że miał bardzo wiele próśb o przygotowanie umów przy transakcjach covidowych. Najczęściej jednak nie dochodziły do skutku. – Zgłaszało się wielu pośredników, później okazywało się, że towaru albo nie było albo nie spełniał wymogów kupującego – mówi mecenas. Z jego obserwacji wynika, że firmy, które handlowały już wcześniej z chińskimi spółkami, zachowały o wiele większą ostrożność niż rząd.
– Wygląda na to, że jedna z państwowych spółek, które zamówiła ogromną partię m.in. maseczek, niekoniecznie dobrze sprawdziła dokumentację – mówi Paprocki. Bardzo możliwe, że nie były to nawet klasyczne certyfikaty tylko „dokumenty certyfikujące”. Tego rodzaju niedociągnięcia mogą utrudnić walkę z firmami, które dostarczały sprzęt niespełniający wymogów.