Prezydent Macron przyjeżdża do Polski, bo chce mieć Polskę na pokładzie, gdy zacznie rozmowy z Moskwą – mówi DGP francuski europoseł Bernard Guetta.
Reklama
3 lutego prezydent Francji Emmanuel Macron złoży pierwszą wizytę w Polsce. Ma przekonywać Warszawę do nowego otwarcia w relacjach z Moskwą. Będzie to pierwsza oficjalna wizyta głowy francuskiego państwa od 2013 r. Tak długa przerwa to konsekwencja naszych napiętych stosunków. Najpierw wizytę w 2016 r. odwołał poprzednik Macrona François Hollande w proteście przeciw zablokowaniu przez rząd PiS zakupu śmigłowców od koncernu Airbus. Macron wybierał się do Polski w zeszłym roku, ale wizyta wypadała w czasie kampanii przed wyborami do europarlamentu i na prośbę PiS została ona odłożona.
Lista problemów do omówienia jest długa. Jeden z nich to próba blokowania przez Francję polskich firm i pracowników delegowanych na tamtejszym rynku. Paryż naciskał na zmianę prawa UE na mniej korzystne dla firm środkowoeuropejskich. Teraz francuscy inspektorzy przeprowadzają masowe kontrole w polskich firmach. Obie stolice różni też podejście do polityki klimatycznej UE, praworządności i migracji.
Ale na pierwszy plan wysuwa się polityka Macrona wobec Kremla. Próba ustabilizowania relacji z Moskwą jest od kilku miesięcy jego idée fixe. Podczas wizyty ma przekonywać Polskę do próby nowego otwarcia z Rosją. Macron lobbuje za nim w Europie, ale według naszych źródeł w Brukseli zniesienie sankcji nie jest dzisiaj brane pod uwagę, a całe przedsięwzięcie jest tylko francuską inicjatywą.
W wywiadzie dla „The Economist” (padły w nim słowa o śmierci mózgowej NATO) Macron mówił, że miał na temat stosunków z Rosją długą dyskusję z węgierskim premierem Viktorem Orbánem. – On ma poglądy zbliżone do naszych i odgrywa kluczową intelektualną i polityczną rolę w Grupie Wyszehradzkiej, co jest ważne. W ten sposób możemy również zdołać nieco bardziej przekonać Polaków – mówił. W poniedziałek spotka się z prezydentem Andrzejem Dudą i premierem Mateuszem Morawieckim. Wraz z nim w Polsce będzie gościł minister gospodarki Bruno Le Maire, który weźmie udział w forum biznesu. We wtorek Macron pojedzie do Krakowa, gdzie wygłosi przemówienie na Uniwersytecie Jagiellońskim. ©℗
Na tydzień przed wizytą prezydenta Emmanuela Macrona odbył pan kilka spotkań w Warszawie. Tematem była Rosja.
Bernard Guetta, europoseł ugrupowania Naprzód Republiko Emmanuela Macrona, były korespondent „Le Monde” w Moskwie i Warszawie
fot. Leonardo Cendamo/Getty Images Bernard Guetta
Przyjechałem do Warszawy, by napisać raport dla Parlamentu Europejskiego na temat relacji z Rosją, a nie po to, by przygotowywać wizytę prezydenta Macrona. Tym niemniej jestem przekonany, że prezydent Macron także będzie poruszał tę kwestię w rozmowach z polskimi władzami. Uważam, że Europejczycy powinni starać się zbudować – nie odbudować, ale zbudować – stabilne relacje z Federacją Rosyjską. By to zrobić, musimy stworzyć jednolity front całej Unii. Nie wystarczy poparcie Hiszpanii, Włoch, Francji czy Niemiec, jeśli ono jest. Polska jest tu kluczowa. To wy jesteście na pierwszej linii w tej sprawie, zarówno w wymiarze geograficznym, jak i politycznym, kulturowym, w zasadzie każdym innym. Przyjechałem do Warszawy, by poznać polski punkt widzenia i znaleźć najlepszy sposób, by przekonać Polskę do włączenia się w tę inicjatywę. Jest to polityczna konieczność, ponieważ Unia Europejska w tej sprawie musi mówić jednym głosem. To jest także ważne dla mnie osobiście, ponieważ mam z Polską silną więź emocjonalną od czasu, gdy dla „Le Monde” relacjonowałem narodziny Solidarności. Byłem w stoczni od pierwszych dni strajku do podpisania porozumienia. To kluczowe doświadczenie uczyniło mnie po części dzieckiem Polski.
Co, jeśli Polska powie „nie”? Żadnej przyjaźni z Rosją?
Nie, nikt nie mówi o przyjaźni. Rosyjskim prezydentem jest Władimir Putin, który nie podziela, mówiąc eufemistycznie, europejskich wartości. Celem jest zbudowanie, i to już wydaje się bardzo trudne, partnerstwa. W czasach Związku Radzieckiego kraje zachodnie zawarły z blokiem sowieckim, włączając komunistyczną Polskę, porozumienie w Helsinkach. Pamiętajmy, że doprowadziło ono do wzmocnienia ruchu dysydenckiego w zniewolonej Europie Środkowej na czele z takimi postaciami, jak Václav Havel czy Jacek Kuroń. Nie było mowy o przyjaźni. Tamto porozumienie wynikało z politycznego realizmu, chęci wzmocnienia europejskiego bezpieczeństwa i współpracy ekonomicznej. Teraz sytuacja jest ta sama. Rosja nie jest dzisiaj krajem demokratycznym, nie podziela naszych wartości, ale dzielimy z Rosją kontynent. Dlatego musimy poszukać drogi do ustabilizowania relacji.
Aneksja Krymu to było przekroczenie czerwonej linii. Do tej pory Rosja nie zrobiła ani jednego kroku wstecz.
I niestety na razie najprawdopodobniej go nie zrobi.
To jak szukać dróg porozumienia, kiedy Rosja nadal okupuje Krym i odpowiada za wojnę we wschodniej Ukrainie?
Nie powinniśmy nigdy uznać aneksji Krymu, ale to nie jest wystarczający powód, by w ogóle nie rozmawiać z Rosją. W czasie II wojny światowej kraje bałtyckie były okupowane, a w czasie zimnej wojny wchłonięte w granice Związku Sowieckiego. Kraje zachodnie nigdy nie uznały tej aneksji. W Paryżu przez cały ten czas mieściły się budynki ambasad estońskiej, litewskiej i łotewskiej. Francuskie władze nigdy nie zgodziły się oddać ich Moskwie, chociaż stały puste i nikogo w nich nie było. Znajdowały się pod francuską ochroną i po odzyskaniu przez kraje bałtyckie niepodległości oddaliśmy je ich właścicielom.
Czy to nie będzie stanowiło sygnału, że Europa przymyka oko na rosyjską agresję? Ignoruje fakt naruszania przez Rosję integralności terytorialnej państw europejskich?
W żadnym razie. Przecież właśnie powiedziałem, że uznanie Krymu za rosyjski nigdy nie powinno mieć miejsca, ale to nie powinno zamykać drogi do rozmowy. UE nałożyła sankcje, na szczęście. Relacje od tamtej pory pozostają bardzo chłodne, ale istnieją. Na końcu tej rozmowy, jeśli w ogóle do niej dojdzie, zobaczymy, co zrobić z sankcjami. Dzisiaj sankcje mają dwojaki zakres: jedne dotyczą wschodniej Ukrainy, drugie – Krymu. Zanim dojdzie do otwarcia rozmów z Rosją, powinna zostać rozwiązana kwestia wschodniej Ukrainy.
Moskwa będzie gotowa do tej rozmowy?
Rosja prowadzi obecnie dość ryzykowną grę z Chinami. Władimir Putin wie, że może grać tą kartą, by pogrozić USA i UE, ale dla niego samego i dla Rosji jest to bardzo trudne. Poza tym nie udało mu się zdestabilizować Ukrainy. Zamiast tego wzmocnił poczucie ukraińskiej tożsamości. Sytuacja gospodarcza Ukrainy się poprawia, a rosyjska – pogarsza. Kreml odnosi sukcesy na Bliskim Wschodzie, ale kto wie, ile to jeszcze potrwa. To na pewno daje do myślenia prezydentowi Putinowi.
Poza Polską są jeszcze inne kraje w UE, dla których relacje z Rosją są problematyczne.
Nie jestem co do tego przekonany. Kiedy rozmawiam z moimi kolegami z Parlamentu Europejskiego z krajów bałtyckich, są oni podejrzliwi, zadają tysiące pytań, ale są gotowi do rozmowy. Nigdy nie słyszałem stanowczego „nie”.
Spodziewa się pan usłyszeć takie stanowcze „nie” w Polsce?
Niekoniecznie. Większość Polaków z całego politycznego spektrum jest podejrzliwa. Zarzucają Niemcom, Hiszpanom, Włochom, Francuzom, że chcą z pominięciem Ukrainy za jej plecami i ponad jej interesem negocjować z Rosjanami. Ale to właśnie tak nie wygląda, wręcz przeciwnie. Prezydent Macron przyjeżdża do Polski właśnie dlatego, że chce mieć Polskę na pokładzie. Polskie podejście też zresztą się zmienia. Widzieliśmy przecież, jak rząd PiS próbował poprawić relacje z Rosją. Oczywiście to upadło. Ale czemu nie spróbować ponownie?
Dlaczego relacje UE z Rosją powinny się poprawić?
Kluczowym problemem w tym stuleciu nie będzie prezydent Putin, on za 10–15 lat przejdzie na polityczną emeryturę. Ważna będzie także Afryka. Musimy zaangażować się w ustabilizowanie tego kontynentu, a jest to ogromne wyzwanie. Nie możemy walczyć na dwóch frontach. Musimy ustabilizować relacje z Rosją i sytuację w Afryce. Chodzi o pracę dla młodych ludzi, o rozbudzenie w nich chęci do pozostania tam. Inaczej będziemy mieli nie milion, ale setki milionów uchodźców w Europie.
Wielu polityków próbowało ułożyć się z Rosją. Sam pan wspomniał o rządzie PiS. Ale każda próba kończyła się klęską. Nie są naiwnością te ciągłe próby, wiara, że władze na Kremlu z dnia na dzień zaczną postępować zgodnie z naszymi zasadami?
Nigdy nie lubiłem podejścia do tej sprawy w sposób, nazwijmy go, religijny. W czasach komunizmu wielu mówiło, że ZSRR nigdy nie upadnie, że będzie trwać wiecznie. To słyszałem przez pierwsze 20 lat w zawodzie dziennikarza. Sam należałem do mniejszości, która uważała odwrotnie. Trzeba było obserwować rzeczywistość, patrzeć na społeczeństwo, aspiracje nowych pokoleń, dekadencję politycznych elit, ich starość i kondycję. Protesty na placu Czerwonym. Tych starzejących się, niedołężnych, umierających wręcz liderów. Nie myślmy, że Rosja i Rosjanie są znacząco odmienni od nas.
Co, jeśli mimo wszystko Polska się nie zgodzi na nowe otwarcie? Pozostałe kraje zrobią to bez Polski?
Polska należy do UE. Jako kraj członkowski ma te same prawa co Francja, Niemcy, Hiszpania i wszystkie inne państwa. Francja i Niemcy nie mogą grać same. Powtórzę: musimy działać razem. To jest pierwszy krok – wszyscy na pokładzie, Polska również.
To warunek nowego otwarcia z Rosją?
To nie warunek, lecz realizm. Żadne państwo nie powinno grać na siebie, musimy być razem. Myślę, że Polska to rozumie, ale obawa przed zdradą wielkich mocarstw jest silna. Zrozumiała, ale moim zdaniem nieuzasadniona.