WEDŁUG BANASIA SPRAWY NIE BYŁO I MOŻNA SIĘ ROZEJŚĆ
okładka Magazyn 18 października 2019 r / Dziennik Gazeta Prawna
Gdy wybuchła afera wokół przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego, po tym jak „Gazeta Wyborcza” ujawniła nagranie jego rozmowy z miliarderem Leszkiem Czarneckim, ówczesny szef nadzoru nie widział w sobie winy i rezygnacji składać nie zamierzał. Ktoś jednak znalazł argumenty, aby go przekonać do zmiany zdania i już po kilku godzinach fotel w KNF się zwolnił.
Reklama
Gdy media ujawniły, ile zarabiają dwie dyrektorki z Narodowego Banku Polskiego i sugerowały, że kompetencje mogą nie odzwierciedlać tak wysokich przelewów, wokół banku centralnego rozpętała się burza. Doprowadziła nawet do zmiany przepisów i ustawowego uregulowania kwestii dyrektorskich wynagrodzeń. Adam Glapiński zamieszanie przetrwał, chociaż nie brakowało w PiS także głosów, że powinien ustąpić dla dobra dobrej zmiany.
Gdy we wrześniu „Superwizjer” TVN pokazał, co się dzieje w kamienicy należącej do Mariana Banasia – a działo się wiele, bo panowie z półświatka krakowskiego prowadzili tam hotel na godziny – wydawało się, że jego dni są policzone. Tym bardziej że CBA od kwietnia kontrolowało jego oświadczenia majątkowe i z przecieków, jakie trafiają do mediów, wynika, że nie wszystkie składniki majątku mają pokrycie w dochodach szefa NIK.

Reklama
Marka Chrzanowskiego już nie ma, Adam Glapiński trwa… A Marian Banaś? Wszystko wskazuje, że też przetrwa, bo tylko od niego zależy, czy będzie dalej kierował NIK. W czwartek wrócił z urlopu, który wziął po ujawnieniu sprawy kamienicy. Przedwczoraj zapoznał się wynikami kontroli CBA. Opinia publiczna ich nie zna, ale wie, że kontrolerzy CBA mają „zastrzeżenia”.
Trio Chrzanowski-Glapiński-Banaś na pewno łączy jedno. Trzej panowie byli lub są na stanowiskach, z których odwołanie jest właściwie niemożliwe. Jedynie jakaś nieformalna presja polityczna może ich przekonać do rezygnacji, ale nie każdy zamierza się jej poddawać. Pancerny Marian, jak Banasia nazywają w PiS, wczoraj pokazał, że skórę ma grubą.
– W czwartek przystąpiłem do wykonywania konstytucyjnych i ustawowych obowiązków w NIK; będę bronił niezależności i bezstronności NIK jako naczelnego organu kontroli państwowej. Zmanipulowane i kłamliwe doniesienia medialne mające na celu zdyskredytowanie mojej osoby niewątpliwie stanowią formę zemsty tych środowisk, które w wyniku przeprowadzonej reformy służb skarbowych i celnych utraciły dotychczasowe wpływy na możliwość podejmowania decyzji – tak brzmi oświadczenie prezesa NIK.
Sprawy więc według Banasia nie było i można się rozejść. Co do jednego prezes NIK ma rację: nie ma żadnych podstaw formalno-prawnych, aby można go było odwołać. Dodatkowo jest domniemanie niewinności, a wciąż nawet nie wiadomo oficjalnie, czy po kontroli CBA będzie w jego sprawie kierowało jakieś zawiadomienia do prokuratury lub służb skarbowych. Jednak to, co się działo w należącej do niego kamienicy, wątpliwości związane z tym, ile brał za jej wynajem i jak zamierzał się rozliczyć z najemcami przy sprzedaży, są kompromitujące. A przecież chodzi o człowieka, który kierował Krajową Administracją Skarbową, był ministrem finansów i dzisiaj – jak sam przypomniał – kieruje „naczelnym organem kontroli państwowej”. Pytanie, czy nadal jest człowiekiem odpowiednim do zajmowania tego stanowiska?
Ktoś złośliwy mógłby podejrzewać, że to wszystko to ustawka na linii Banaś – PiS. Przed wyborami prezes NIK poszedł na urlop, przeczekał burzę, wybory wygrała ta sama ekipa, więc może wrócić. Nie w chwale, ale przynajmniej nie szkodząc już misji utrzymania władzy. Pomaga mu trwać na stanowisku fakt, że PiS nie ma większości w Senacie, aby po ewentualnej rezygnacji wybrać następcę w NIK. Może więc panowie Kaczyński i Banaś się dogadali? Tego dowiemy się dopiero, gdy ustalenia kontrolne CBA będą jawne, a prędzej czy później będą. W PiS zaś są osoby, które potrafią skruszyć najtwardsze pancerze, i jeśli wolą partii będzie rezygnacja, to Marian Banaś straci swój przydomek.