Notre Dame pozostaje dla znakomitej większości Francuzów czymś więcej niż zabytkiem. Dla katolików jest wciąż funkcjonującą świątynią. Dla innowierców i ateistów – formą zbiorowej pamięci.
Reklama
Magazyn. Okładka. 19.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Setki ton wapiennych bloków. Dziesiątki kolumn. Blisko półtora tysiąca dębów zużytych na wykonanie więźby dachowej o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych. Katedra Notre Dame w Paryżu zawsze robiła wrażenie swoim rozmachem.
Pożar, który wybuchł w niej 15 kwietnia, tylko wzmógł poczucie jej ogromu. Płonącą konstrukcję, przypominającą rozgrzany koksownik, widać było z odległych miejsc miasta. Palił się jeden z największych, ale także jeden z najbardziej misternie skonstruowanych zabytków stolicy Francji. Thomas Büchi, szwajcarski cieśla, wypytywany przez francuski dziennik „Le Figaro” o XIII-wieczny drewniany dach, który uległ całkowitemu zniszczeniu, tak opisał jego wartość: „To prawdopodobnie największe dzieło francuskiej sztuki ciesielskiej. Był tak finezyjnie zbudowany, że zadziwiał wiernych przez całe wieki średnie. Czuję się jak malarz stojący przed nadpaloną Giocondą”.
Pierwszym odruchem Francuzów w obliczu narodowej tragedii była jedność. W zgodnym tonie wypowiadali się również politycy – począwszy od szefowej prawicowego Frontu Narodowego Marine Le Pen, a na skrajnie lewicowym Jean-Lucu Mélenchonie skończywszy.
Szybko jednak dały o sobie znać światopoglądowe różnice. Notre Dame to w końcu nie tylko zabytek, lecz także świątynia, w której odprawia się pięć nabożeństw dziennie – jeden z symboli katolickiej Francji. A stosunek do katolicyzmu nadal potrafi nad Sekwaną głęboko dzielić. Ksiądz Michel Aupetit, arcybiskup Paryża, w pożarze katedry dostrzegł wezwanie do nawrócenia serc. Wypomniał przy tym prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, że w swoim przemówieniu wygłoszonym po tragedii nie wypowiedział ani jednego słowa współczucia wobec katolików.
Z kolei francuska lewica chłodno przyjęła informację o kosztach, jakie pociągnie za sobą renowacja zniszczonej budowli. Kwota, jaką w ciągu dwóch dni zaoferowali na ten cel bogaci darczyńcy, w tym szefowie wielkich francuskich spółek, rzeczywiście może przyprawić o zawrót głowy: 800 mln euro. „Zejdźmy z powrotem na ziemię”, stwierdziła Ingrid Levavasseur, czołowa działaczka ruchu „żółtych kamizelek”, i skrytykowała „obojętność olbrzymich podmiotów na społeczną nędzę przy ich jednoczesnej gotowości na to, by w jedną noc przeznaczyć «grubą forsę» na Notre Dame”. W podobnym duchu wypowiedział się też lewicowy dziennik „Libération”: „Jeśli katedra od wieków jest skarbem narodowym i dumą, to ponad 3600 bezdomnych żyjących w stolicy jest hańbą, która ciąży nad nami nie od dziś”.
Skrajnie radykalne głosy w dyskusji na temat tragicznego wydarzenia były na szczęście rzadkie i pojawiały się głównie w mediach społecznościowych. Echem odbił się tweet prawicowego eurodeputowanego Gilles’a Lebretona, który stwierdził, że pożar Notre Dame jest symbolem Francji rządzonej przez Macrona. Jeszcze bardziej idiotyczna była wiadomość umieszczona na Twitterze przez Hafsę Askar, wiceprezeskę Krajowej Unii Studentów Francuskich (UNEF) w Lille: „Ludzie będą płakać nad kawałkami drewna. Przysięgam, za bardzo kochacie tożsamość francuską, podczas gdy my obiektywnie mamy ją w d…e. To wasza zajawka żałosnych białasów”. Podobne wyznania były marginesem marginesów, jednak dobrze ilustrują napięcia społeczne, które są obecne nad Sekwaną.
Czym jest zatem dla Francuzów katedra Notre Dame? Symbolem pokoju i jedności, jak ogłosił jeden z francuskich dzienników? Czy raczej pęknięcia, które datuje się co najmniej od czasów Wielkiej Rewolucji?
Jak zwykle rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż proste polityczne hasła. W średniowieczu paryska świątynia stanowiła naturalny element krajobrazu, choć nie od razu przyjęła kształt, jaki dziś znamy. Wznoszono ją blisko dwa wieki. Było to więc przedsięwzięcie międzypokoleniowe. Budowę w 1163 r. zainicjował biskup Paryża Maurice de Sully, następnie nadzorowali ją kolejni stołeczni hierarchowie. Zmieniali się również architekci i majstrzy, a wraz z nimi styl poszczególnych elementów katedry. O ile w pierwszym okresie dominował surowy, wczesny gotyk, o tyle później w konstrukcji całej budowli pojawił się styl zwany płomiennym, strzelisty i pełen ornamentów, obecny choćby w słynnych witrażowych rozetach – jednych z największych w Europie. Ostatnim wzniesionym elementem gotyckiego kościoła było bogato rzeźbione zwieńczenie chóru, powstałe w połowie XIV w.
Notre Dame, podobnie jak inne średniowieczne katedry, miała dwojakie znaczenie dla odwiedzających ją wiernych. Po pierwsze, była widomym symbolem ich wiary, Biblią dla ubogich, a więc tych, którzy nie potrafili czytać (podówczas przeważającej części społeczeństwa) i swoją religijną wyobraźnię kształtowali głównie poprzez słuchanie kazań i obserwację.
Po drugie, stanowiła łącznik pomiędzy wszystkimi stanami, jakie tworzyły chrześcijańską wspólnotę. W przeciwieństwie bowiem do wielu współczesnych cudów architektury na budowę katedr składał się każdy. Oczywiście, najwięcej ofiarowywali władcy i hierarchowie, jednak w to olbrzymie przedsięwzięcie byli również włączani biedniejsi. Przed kościołami ustawiano stoiska, na których sprzedawano dary zebrane od wiernych. Było tam wszystko. Biżuteria, tkaniny, ale też żywy inwentarz: kaczki, kury i gęsi. Kto nie miał co dać, mógł po prostu pomóc przy pracy i na własnych barkach dźwigać kamienne bloki.
Po wybudowaniu katedra służyła nie tylko jako świątynia, lecz także jako miejsce spotkań. W jej wnętrzu, pozbawionym ławek, chowano się przed deszczem, prowadzono głośne dyskusje, spożywano posiłki, ba, nawet spano. Notre Dame i inne tego typu kościoły żyły rytmem całego miasta. Łączyły ich mieszkańców i były powodem do dumy.
Paryska katedra nie zawsze była jednak we Francji przedmiotem zachwytów. W późniejszych wiekach odnoszono się do niej z niechęcią przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszymi krytykami tego obiektu byli nowożytni wielbiciele sztuki klasycznej, naśladującej wzorce antyczne. Zbigniew Herbert, który francuskim gotyckim katedrom poświęcił jeden z najpiękniejszych esejów z tomu „Barbarzyńca w ogrodzie”, wspomina, że „klasykom jeżyły się peruki na widok tych szalonych budowli”. I zaraz potem cytował opinię jednego z nich: „Wszędzie pełno okien, rozet i iglic, kamienie zdają się tak powycinane jak karton; wszystko jest dziurawe, wszystko wisi w powietrzu”. Oświeceniowy encyklopedysta kawaler de Jaucourt swoją niechęć wyraził jeszcze zwięźlej. Według niego styl gotycki „zatruł sztuki piękne”.
Wiek XVIII atakuje katedrę Notre Dame także z pozycji innych niż estetyczne. Dla rewolucjonistów po 1789 r. świątynia jest symbolem zacofania i obalonej monarchii. Zniszczone zostają figury królów oraz wszelkie symbole dawnej władzy. Sama budowla zostaje jednak oszczędzona. Być może tylko dzięki Robespierre’owi, który ateizm uważał za arystokratyczny wynalazek i który uparcie propagował racjonalistyczny kult Istoty Najwyższej. Notre Dame staje się świątynią Rozumu, a na jej fasadzie pojawia się hasło: „Lud francuski uznaje Istotę Najwyższą i nieśmiertelność duszy”.
Z czasem katedra traci swój cały splendor. Po wygaśnięciu rewolucji na jej dziedzińcu walają się kamienne elementy. Otoczenie zamienia się w śmietnik i publiczną latrynę. W kaplicy handlarze sprzedają wino. Sytuacja zmienia się wraz z objęciem władzy przez Napoleona. Korsykanin przywraca jej dawną sakralną funkcję i w 1804 r. koronuje się w jej wnętrzu na cesarza Francuzów. Nadchodzi wiek XIX, który na nowo odkryje jej piękno średniowiecznej budowli. Zresztą do dziś patrzymy na nią przez XIX-wieczne okulary.
Co to oznacza? Przede wszystkim, że katedra, którą dziś mijamy, spacerując po centrum Paryża, jest w dużej mierze rekonstrukcją, nowoczesnym wyobrażeniem na temat średniowiecza. Zresztą świadomość tego stanu rzeczy odbija się we współczesnych nam wypowiedziach, nieśmiało dających do zrozumienia, że w katedrze jest coś z estetyki Disneylandu. To niesprawiedliwe stwierdzenie, ale Notre Dame rzeczywiście przeszła modernistyczny lifting. W połowie XIX w. stała się znów przedmiotem w rękach artystów, którzy odcisnęli na niej trwały ślad.
Na płaszczyźnie opisu zrobił to Wiktor Hugo w słynnej powieści „Katedra Marii Panny w Paryżu” wydanej w 1831 r. To głównie utwory takie jak ten wpływały na nowoczesne pojmowanie rzeczywistości wieków średnich. Opis Hugo był zresztą na tyle plastyczny, że zainspirował najbardziej znanego konserwatora średniowiecznych zabytków – Viollet-le-Duca. To temu ostatniemu zawdzięczamy dzisiejszy kształt paryskiego kościoła. W połowie XIX w. ten kontrowersyjny architekt zrekonstruował iglicę, tę, która spłonęła w niedawnym pożarze, odtworzył niezliczone statuy, kamienne chimery i gargulce, czyli ozdobne zakończenia rynien w formie fantastycznych bestii. Starał się zadbać o każdy szczegół, przywrócić w całości atmosferę przeszłości.
Niektórzy twierdzili później, że robił to zbyt nachalnie. Katedra straciła przez to na autentyczności. Czy tak jest naprawdę, niech rozsądzą historycy. Ta krytyka wskazuje jednak na ciekawą cechę ówczesnych miłośników starej architektury, którą odziedziczyliśmy po nich i my. Zarówno starania Viollet-le-Duca, jak i wątpliwości jego krytyków miały na celu jedno – odzyskanie, a przede wszystkim zachowanie pozostałości po dawnych wiekach w jak najpełniejszej formie. To znowuż zakładało, że katedra musi stać się zabytkiem, muzealnym eksponatem.
Tak o Notre Dame myślimy również dziś. Włos nam się jeży na głowie, gdy przypomnimy sobie niefrasobliwość, z jaką nowożytni twórcy upiększali ją barokowymi ołtarzami i rzeźbami. Gdyby współczesny architekt chciał nadbudować coś nowoczesnego na dotychczasowej konstrukcji, uznalibyśmy to za akt wandalizmu. Można zaryzykować wręcz tezę, że żal wywołany widokiem nadpalonej katedry jest w nas tak głęboki dlatego, iż tak naprawdę nie wierzymy w możliwość jej odbudowy. Nowe elementy nie będą przecież autentyczne.
Czy nastawienie dzisiejszego odbiorcy sztuki jest jednak czymś złym? Przecież warto dbać o trwałość rzeczy pięknych. Katedra Notre Dame pozostaje zresztą dla znakomitej większości Francuzów czymś więcej niż zabytkiem. Dla katolików jest wciąż funkcjonującą świątynią, w której nadal może dojść do nagłego spotkania z Bogiem, tak jak to się stało w przypadku znanego francuskiego pisarza Paula Claudela. Dla niewierzących jest formą zbiorowej pamięci. Budowlą będącą świadkiem najważniejszych momentów w historii Francji. To tutaj po zakończeniu I wojny światowej odegrano uroczyste „Te Deum”. Tutaj świętowano wyzwolenie Paryża w 1944 r. I w tym miejscu odprawiano pamiętne msze pogrzebowe prezydentów de Gaulle’a, Pompidou i Mitterranda. Jak widać, do tej pory znakomicie udawało się łączyć wszystkie funkcje i godzić potrzeby wszystkich zainteresowanych: katolików, niewierzących obywateli i turystów. Wszyscy oni nie mają też wątpliwości, że katedrę należy zrekonstruować.
Można sądzić, że przestanie je mieć również lewica oburzona olbrzymią kwotą na odbudowę świątyni. Nasz konserwatorski instynkt zmusi nas zapewne do przyjęcia takiej metody odtworzenia spalonych elementów, która będzie jak najbardziej zbliżona do średniowiecznej. To może sprawić, że prace, a wraz z nimi koszty, rozłożą się na lata.
Jak twierdzi cytowany już tutaj mistrz ciesielski Thomas Büchi, żeby zbudować drewnianą więźbę dachową katedry Notre Dame, średniowieczni cieśle musieli wykazać się cierpliwością: „Najpierw musiało minąć 50 lat, aby można było przygotować drewno. […] Drzewa cięło się i odkładało na rok, czubkiem w stronę północy, tak żeby było ułożone wzdłuż prądów energetycznych Ziemi. Potem się je okorowywało i zanurzało w trzęsawisku na okres 25 lat. To chroniło drewno przed grzybami i insektami. […] Następnie wyciągało się je z wody, ścinało konary i pozostawiało do wyschnięcia przez kolejne 25 lat”. Nie jest powiedziane, że nam pójdzie z tym szybciej.