Minister Jadwiga Emilewicz, komentując na Twitterze pożar katedry Notre Dame, napisała „Płonie Francja, której już nie ma... symbolicznie w Wielkim Tygodniu”. Tłumacząc z prawicowego na polski: członek rządu kraju, w którym każde ministerstwo prowadzi własną, niezależną od innych ministerstw, politykę i który stojąc w obliczu zagrożenia ze strony Rosji był w stanie podnieść wydatki na armię „aż” z 1,95 proc. do 2,00 proc. i przez pięć lat od chwili wybuchu wojny 1000 km od swoich granic nie był w stanie, nie licząc kilku haubic, nijak dozbroić swoich sił zbrojnych – powiedziała, że Francja, która co i rusz prowadzi zagraniczne operacje wojskowe, chyli się ku upadkowi.
Wypowiedź pani Emilewicz można byłoby zignorować i nie sądzę, żeby ambasador Francji zechciał reagować na słowa mało znaczącego ministra. Ale o ile publicyści prawicowi mają prawo pisać dowolne, choćby i najgłupsze, rzeczy, to członkowie rządu powinni jednak chociaż przez sekundę pomyśleć, czy przy okazji jednak nie szkodzą Polsce. Bo jej, a nie „zbawieniu” Francji, służą. Czy Francja – i szerzej Zachód – wymagają jednak aby zbawienia?
Narracja polskiej prawicy coraz bardziej przypomina to, co głosi od wielu już lat rosyjska, a wcześniej sowiecka propaganda. W czasach, gdy Moskwa budowała komunizm, USA były całkiem już rzekomo przegniłe. „U Was biją Murzynów” – mówiono. I tylko jakoś tak się stało, że nikt owych czarnoskórych mieszkańców nie trzymał w gułagach ani – nieco później – nie leczył ich ze schizofrenii bezobjawowej. Zachód w okresie swego kryzysu ekonomicznego w oczach Sowietów gnił dla odmiany ekonomicznie. I tylko jakoś tak się stało, że po okresie dekoniunktury gospodarki Zachodu wystrzeliły, a w Związku Sowieckim breżniewowskie lata „zastoju” zamieniły się w jawne już bankructwo. Gdy więc nie dało się już mówić o rasizmie i strajkach, Rosja posowiecka wymyśliła coś zupełnie genialnego, bo na tyle irracjonalnego, że niepodlegającego falsyfikacji. I oto współcześnie Zachód gnije, bo upadają tam rzekomo normy moralne. I nic to, że w Moskwie domy publiczne są w centrum miasta na ul. Twerskiej, a bogaci wpływowi mężczyźni nie kryją się z tym, że się do nich udają. Rosja jest krajem, w którym aborcji można dokonać od ręki, utrzymywanie kochanki jest niemal w dobrym guście, a korupcja, rozwody i alkoholizm są powszechne.
I tak jak w sowieckim jeszcze dowcipie o Czukczy, który usłyszawszy na zebraniu partyjnym o tym, że na Zachodzie istnieje zła miłość mężczyzny do mężczyzny i kobiety do kobiety, ale nie ma miłości człowieka i partii, zadał niestosowne pytanie: „kto kowo” w tej miłości „jeb….t”, tak i tu o to właśnie chodzi. „Kto kowo” może, a „kto kowo” nie powinien „j……”.
W Rosji nie ma związków jednopłciowych. I to jest owa moralna przewaga. W Czeczenii milicja może nawet geja pobić. Polska prawica nie optuje co prawda za biciem homoseksualistów (choć publicysta prawicowego portalu Fronda publicznie nawołuje do karania za homoseksualizm więzieniem), ale niechęć jest dokładnie tym, co prowadzi ją wprost w objęcia rosyjskiej narracji o upadku Zachodu. Z tą wszakże różnicą, że Rosja sama w to, co mówi, nie wierzy. Bo nikt mądry nie wierzy własnej propagandzie.
W świecie rzeczywistym – w tym wypadku równoległym – to nadal naukowcy z Zachodu, a nie z Rosji i nie z Polski zdobywają Nagrody Nobla. Nadal zachodnie firmy dokonują przełomów technologicznych. I niezmiennie to zachodnie banki i giełdy kontrolują światową gospodarkę, a ludzie z najbardziej nawet zabiedzonych afrykańskich wiosek, gdy tylko zdobędą kilka tysięcy dolarów na podróż, szturmują bramy tegoż zgniłego Zachodu, a nie Rosji i nie Polski. To ostatnie skądinąd jest miarą tryumfu, a nie, jak chce polska prawica, klęski Zachodu.
Wszystko powyższe to jednak błędne, nic niewarte rozważania. Gdy bowiem spytać ludzi polskiej prawicy o to, czy powyższy tok rozumowania jest właściwy, odpowiedzią zawsze jest: „to nie o to chodzi”. Chodzi bowiem o sprawy wyższe. O boski, a nie ziemski porządek. Co prawda rolą polityków, urzędników i publicystów politycznych nie jest urządzanie nieba, ale ziemi, ale czyż nie łatwiej zajmować się wartościami, zamiast tu na miejscu usprawnić swoje ministerstwo i wyjść chociaż odrobinę ponad poziom prezentacji w PowerPoincie albo chociaż przestać w prorządowych mediach uprawiać propagandę tak toporną, że nawet ta kremlowska sprawia wrażenie subtelnej?
Autor tych słów miał w pewnym momencie romans z polską prawicą. Zniechęcony bylejakością i tumiwisizmem rządów PO widziałem w niej nadzieję na konieczną przecież modernizację Polski. Modernizacja wymagałaby jednak zajmowania się tym, co tu i teraz, a nie skupiania się na urządzaniu Królestwa Bożego.
Polska prawica okazała się niezdolna do sprawnego kierowania państwem. PiS co prawda skutecznie zwalczył mafie paliwowe i VAT-owskie i sprawnie uruchomił zupełnie zaniedbany przez poprzedników mechanizm redystrybucji dochodu, ale na tym reformatorskie sukcesy polskiej prawicy się kończą. To, czy nie jest to też winą liberalnych elit, które zamiast wciągać prawicę do systemu, spychały ją na margines, jest tematem na inny tekst. Tymczasem jest jednak tak, że im bardziej staje się oczywiste dla samej prawicy, że żadnego wielkiego programu sanacji Polski nie zrealizuje, tym chętniej zajmuje się ona sprawami zastępczymi. Wówczas zaś pożar katedry stanie się też „symboliczny”, choć i tu można byłoby kpiąco skonstatować, że skoro równie symboliczny nie był pożar kościoła Św. Katarzyny w Gdańsku, to tym samym dla polskiej prawicy pożar jest czymś więcej niż tylko pożarem, gdy potwierdza jej tezy, a gdy ich nie potwierdza, staje się na powrót jedynie pożarem. Logiki w tym nie ma za grosz.
Za grosz logiki nie ma jednak również w głowach nowej, młodej lewicy, która również nie może pojąć, że pożar jest tylko pożarem i w tym, co stało się w Paryżu, widzi karę za grzechy dla odmiany Kościoła, a w skrajnych wypadkach wręcz cieszy się z płonącego ognia. Dewocyjna polska prawica, dla której osią każdej myśli państwowej jest homoseksualizm i nowa lewica, w której homoseksualizm jest dla odmiany przepustką do kariery politycznej – są teoretycznie na dwóch różnych biegunach. W istocie zaś będąc najdalszymi jak to tylko możliwe od myślenia racjonalnego, od anglosaskiego pragmatyzmu i „common sense”, czyli zdrowego rozumu, są swoimi odpowiednikami.
Prawica wielbić więc będzie węgiel, lewica głosić będzie hasła dekarbonizacji tak szybkiej, że aż oznaczającej bankructwo Polski. Prawica nie chcąc płynąć w „głównym nurcie”, skonfliktuje nas ze wszystkimi niemal sojusznikami w Europie, lewica będzie tak bardzo chcieć płynąć w „głównym nurcie”, że nie zwróci uwagi, czy aby propozycje np. prezydenta Macrona nie są sprzeczne z naszymi interesami. Prawica będzie pomstować na homoseksualizm, lewica go afirmować (tak się chyba mówi). Intelektualnie i politycznie jedna i druga strona będą zaś, jeśli już trzymać się tego, co jest istotą sporu, zwyczajnymi impotentami. Bo jak się rządzi, to nie należy się zajmować tym „kto kowo”.