Jak Trump chce wygasić NATO

Donald Trump
Donald TrumpShutterStock
14 marca 2019

Prezydent sprawił Sojuszowi osobliwy prezent. Zażądał, by partnerzy płacili Ameryce za stanie na straży ich bezpieczeństwa.

Amerykański przywódca zwrócił się do sojuszników, u których stacjonuje US Army – głównie do Niemiec, Korei Południowej i Japonii – by w całości pokrywali koszty kontyngentu. Potem szef biura bezpieczeństwa narodowego John Bolton dorzucił do tego jeszcze 50-proc. haracz za to, że Stany Zjednoczone w ogóle angażują się w ochronę kogokolwiek. Czyli właściwie ile?

Amerykańska infrastruktura w RFN jest kluczowa dla funkcjonowania całego Sojuszu. Landstuhl Regional Medical Center jest placówką medyczną klasy światowej, gdzie doprowadzano do zdrowia żołnierzy rannych w Iraku i Afganistanie. Do tego dochodzi strategiczna baza w Ramstein. W Kelley Barracks w Stuttgarcie mieści się też kwatera główna US Africom, dowództwa amerykańskich sił odpowiedzialnego za operacje na kontynencie afrykańskim. Trudno w ogóle oszacować, ile Berlin miałby z dnia na dzień za to zapłacić. Nie zapominajmy też, że nasze marzenia o wzmocnieniu kontyngentu USA, czy to w postaci stałej bazy, jak proponował jesienią w Białym Domu Andrzej Duda, czy też w wersji bardziej rozproszonej, z oczywistych powodów logistycznych są związane z silną obecnością Amerykanów w RFN.

Co więcej, wypowiedź Donalda Trumpa jest wodą na młyn sił politycznych, które grają na coraz większej niechęci Niemców nie tylko do obecności żołnierzy USA, ale Ameryki w ogóle. Można postawić tezę, że prezydent Stanów Zjednoczonych powoli, ale konsekwentnie próbuje wygasić Sojusz Północnoatlantycki. Oczywiście nazywał NATO szkodliwą instytucją już w czasie kampanii wyborczej, ale czym innym jest hazard kandydata, który chce wygrać, a czym innym deklaracja męża opatrznościowego całego świata, którym z urzędu od ponad 70 lat jest prezydent Ameryki.

Tymczasem Trump nie tylko na Twitterze, ale i w półoficjalnych rozmowach z partnerami krytykuje kondycję atlantyckiego partnerstwa, powtarzając, że Ameryka nic z niego nie ma. Jesienią ”New York Times„ opublikował tekst, powołując się na wysoko postawionych urzędników z Brukseli, że od dłuższego czasu muszą oni walczyć z amerykańską dyplomacją o to, czy słynny art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego, w którym ”strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim„ i wobec tego solidarnie staną do walki, jest jeszcze w ogóle w mocy.

Jedynym w historii testem tego przepisu była wspólna reakcja na zamachy z 11 września 2001 r. i operacja Enduring Freedom w Afganistanie w ramach misji ISAF. Ale tu chodziło o interes Ameryki i dziś partnerzy się obawiają, czy gdyby oni sami zostali zaatakowani, Waszyngton wypełniłby swój sojuszniczy obowiązek. Mniej więcej w tym samym czasie, w jakim powstał tekst ”NYT„, dziennik ”Washington Post„ napisał, że Federalne Biuro Śledcze rozpoczęło dochodzenie kontrwywiadowcze w sprawie tego, czemu wypowiedzi prezydenta USA w sprawach transatlantyckich służą interesom Władimira Putina.

Oczywiście USA są demokracją liberalną, a system od 240 lat trzyma się dzięki mechanizmowi równowagi i hamulców, władze ustawodawcza i sądownicza cały czas patrzą na ręce władzy wykonawczej, a kwestia traktatów międzynarodowych jest domeną Senatu, wobec czego stabilność i przyszłość NATO nie są zagrożone. Kongres podjął nawet niedawno uchwałę pochwalającą i wspierającą Sojusz jako partnerstwo wyjątkowe dla Waszyngtonu. A do tego jeszcze, wedle sondażu przeprowadzonego latem zeszłego roku przez pracownię Quinnipiac University, 78 proc. Amerykanów je popiera i uważa, że USA powinny bronić zaatakowanych sprzymierzeńców. W teorii jesteśmy zatem bardziej niż bezpieczni.

A w praktyce? Badania na temat tego, co by się stało, jakby przyszło co do czego, przeprowadził Scott Anderson z Brookings Institution, który wcześniej przez wiele lat pracował jako pełnomocnik prawny Departamentu Stanu. – Prezydent w sprawach polityki zagranicznej może naprawdę bardzo wiele bez oglądania się na Kongres – mówi nam. I podaje przykłady. W 1979 r. senator Barry Goldwater pozwał prezydenta Jimmy’ego Cartera za to, że ten bez zgody ustawodawcy wycofał się z dwustronnego paktu obronnego z Tajwanem, kiedy rząd USA zaczął realizować pragmatyczną politykę jednych Chin przeciwko ZSRR. Sąd Najwyższy oddalił pozew, uznając go za ściśle polityczny, a nie z zakresu kompetencji władzy, i oświadczył, że do polityki mieszać się nie będzie. Doszło wówczas do niezwykłego podziału wewnątrz izby. Za Carterem stanął sędzia Thurgood Marshall, a za Goldwaterem – Bill Brennan. To dwaj najbardziej lewicowi juryści ostatnich 70 lat, zawsze głosujący tak samo w sprawach wewnętrznych.

W 1986 r. korporacja Bea con Products prowadząca interesy w Nikaragui pozwała administrację Ronalda Reagana za wprowadzenie bez zgody Kongresu embarga przeciwko reżimowi sandinistów. Federalny sąd okręgowy zażalenie oddalił. W 2002 r. 32 Izby Reprezentantów pozwało George’a W. Busha za to, że bez ich zgody wycofał się z zawartego z ZSRR w 1972 r. traktatu ABM o ograniczeniu rozwoju, testowania i rozmieszczania systemów antybalistycznych. Ustawodawcy przegrali w sądzie okręgowym dla Dystryktu Kolumbii. Sędzia powołał się na wyrok ”Goldwater przeciwko Carterowi„ i zamknął sprawę.

Relacje transatlantyckie przed globalnym nieszczęściem chroni dziś człowiek, który w masowej wyobraźni nie uchodzi za męża stanu i multilateralistę wierzącego w dyplomację, a mianowicie były bushowski wiceprezydent Dick Cheney. W miniony weekend spotkał się on w kurorcie Sea Island w Georgii ze swoim odpowiednikiem w rządzie Trumpa Mikiem Pence’em. Zarzucił Białemu Domowi, że ten nie potrafi rozmawiać z ludźmi i w szybkim tempie kruszy to, co udało się osiągnąć poprzednim republikańskim ekipom, w tym jemu. Tu uszczypnął samego wiceprezydenta, przypominając mu, że za jego przykładem może odgrywać większą rolę w polityce zagranicznej, niż dzieje się to obecnie. I skrytykował Trumpa, mówiąc, że w stosunkach międzynarodowych nie można się zachowywać jak handlarz deweloperką z Nowego Jorku i wszystkiego liczyć w dolarach.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.