Już czwarty miesiąc trwają protesty wymierzone w prezydenta Aleksandra Vučića. Jednym z głównym postulatów jest zniesienie rządowej kontroli nad prasą, radiem i telewizją.
Pracownicy zatrudnieni przy utrzymaniu czystości w Belgradzie mają od kilku miesięcy ręce pełne roboty. Tysiące, czasem dziesiątki tysięcy protestujących wychodzą co sobotę na ulice stolicy Serbii, aby protestować przeciwko rządom prezydenta Aleksandra Vučića i jego Serbskiej Partii Postępowej. Znakiem rozpoznawczym protestów stały się naklejki z hasłami wymierzonymi w polityka, które demonstrujący rozklejają dosłownie wszędzie: na murach, słupach, latarniach i witrynach sklepowych. W sobotę setkami naklejek obklejono budynek państwowej telewizji i radia. Protestujący domagali się pluralizmu w debacie medialnej oraz rzetelnego informowania o protestach, które od 8 grudnia odbywają się co weekend w Belgradzie i w kilkudziesięciu innych miastach Serbii.
Reklama
– Akcje protestu zaczęły się od pobicia przez nieznanych sprawców Borka Stefanovića, polityka opozycji, w mieście Kruševac – tłumaczy w rozmowie z DGP Andrej Ivanji, serbski dziennikarz związany m.in. z tygodnikiem ”Vreme„, który od początku śledzi demonstracje. Stefanović za zajście oskarżył Vučića i atmosferę nagonki wobec opozycji, którą tworzy jego obóz polityczny i podległe mu media. Zdjęcie polityka z rozbitą głową i zakrwawioną koszulą zaczęto udostępniać na Facebooku. To była iskra rozpoczynająca bunt, który szybko przerodził się w ruch sprzeciwu wobec rządów prezydenta.
Głównym hasłem niesionym przez demonstrujących jest ”1 z 5 milionów„, które nawiązuje do słów Vučića, że nie ugnie się pod presją społeczeństwa, ”nawet jeśli na ulicę wyjdzie 5 mln osób„. Wśród postulatów, obok demokratycznych wyborów, dominuje żądanie przywrócenia wolności mediów w kraju. – 90 proc. mediów, zarówno publicznych, jak i prywatnych, jest kontrolowanych przez rząd. ”Złodzieje„, ”kryminaliści„ i ”zdrajcy„, tak dosłownie o swoich przeciwnikach mówi Vučić, co jest następnie wiernie powtarzane przez sympatyzujące z nim media – przekonuje Ivanji. W jednej z relacji państwowej telewizji uczestnicy dotychczas pokojowych protestów zostali przedstawieni jako ”osoby gotowe do gwałtów i aktów przemocy„.

Reklama
Sobotni protest odbył się nie tylko w Belgradzie. Jak podaje portal Balkan Insight, ludzie wyszli na ulice także w 30 innych miastach. – Do osiągnięcia masy krytycznej jest jeszcze bardzo daleko – analizuje Ivanji. Dziennikarz zwraca uwagę, że choć protesty mają jasno określonego przeciwnika w postaci prezydenta, to nie są bezpośrednim wsparciem dla podzielonej opozycji. W protesty najbardziej angażują się politycy Partii Demokratycznej. Wraz z pozostałymi mniejszymi partiami w grudniu zrezygnowali z udziału w obradach parlamentu, w którego ławach zasiadają obecnie tylko politycy prezydenckiej Serbskiej Partii Postępowej. Opozycja domaga się rezygnacji prezydenta.
Aleksandar Vučić sprawuje funkcję prezydenta od maja 2017 r. Wcześniej rządził krajem jako premier. W poprzednich dekadach znany z nacjonalizmu, na przestrzeni ostatnich lat ewoluował w kierunku centrum. Vučić chce wprowadzić Serbię do Unii Europejskiej. Krytycy wskazują, że prounijny kurs jest jednak tylko zasłoną dla autokratycznych rządów i koncentrowania wszystkich organów władzy w jednych rękach na wzór tureckiego przywódcy Recepa Erdoğana.
Prezydent musiał zmierzyć się z falą protestów już po objęciu stanowiska głowy państwa. Wtedy politykowi udało się niepokoje skutecznie przeczekać. W obliczu stałej frekwencji obecnie trwających protestów Vučić zapowiedział start kampanii ”Przyszłość Serbii„, w ramach której uda się w podróż po kraju. Polityk chce zasygnalizować gotowość dialogu ze społeczeństwem. Jednocześnie grozi organizacją przedwczesnych wyborów. Ich ewentualny bojkot już zapowiedziała opozycja.
Do protestów przeciwko rządzącym i korupcji dochodzi obecnie również w pozostałych krajach Bałkanów Zachodnich: Czarnogórze, Albanii oraz Bośni i Hercegowinie. Zagraniczni dziennikarze zaczęli więc stawiać tezę o nadchodzącej ”bałkańskiej wiośnie„. Ivanji jest jednak sceptyczny. – To bzdura – komentuje. – Kraje byłej Jugosławii są bardzo skoncentrowane na sobie. Również media w poszczególnych państwach informują niemal wyłącznie na temat spraw wewnętrznych – tłumaczy.
Ludzie wyszli na ulice w Belgradzie i 30 innych miastach