Serbia w rankingu Freedom House została zdegradowana do grona państw częściowo wolnych. Gordana Čomić wyjaśnia, czego chcą protestujący.
Reklama
Gordana Čomić, wiceszefowa parlamentu Serbii z ramienia opozycyjnej Partii Demokratycznej fot. materiały prasowe / DGP
Tysiące Serbów protestują przeciw rządowi. Spowoduje to jakieś zmiany polityczne?
Na pewno. Ulice wypełniają się ludźmi, gdy zaczynają czuć, że ich swobody są zagrożone. To jasny przekaz dla władz: nie kierujecie się zasadami państwa prawa. W innych krajach Europy zachodzą podobne procesy, gdy ludzie nie są zadowoleni z sytuacji.
Co jest przyczyną protestów?
Problemy z praworządnością. Obywatele chcą wolnych mediów, uczciwych wyborów, demokracji. W sprawozdaniach UE drugi rok z rzędu pojawia się w odniesieniu do Serbii określenie „captured state”, państwo zawłaszczone. Ludzie tego nie chcą. Więc albo wyjeżdżają na emigrację, albo wychodzą na ulicę.
Jak pani ocenia reakcję rządu na protesty?
Na razie słuchają rad. Nie reagują przemocą, a to już dobry znak w porównaniu ze stanem sprzed 20 lat, gdy starcia były codziennością. Są ostrożni, ale nie ośmielili się na prawdziwy dialog. A bez tego nie będzie postępów.
Czy prezydent Aleksandar Vučić wciąż jest zwolennikiem eurointegracji? Można odnieść wrażenie, że ostatnio skierował wektor w stronę Rosji.
Vučić gra rosyjską kartą, by wpłynąć na emocje własnego elektoratu. Etyczne to czy nie, ale to jego wybór. Jeśli zapyta pan Serbów, co myślą o Rosji, 70 proc. powie, że ją kocha, a Europa jest do bani. Ale jeśli się ich zapyta, gdzie by chcieli mieszkać, powiedzą, że we Frankfurcie, bo kto by chciał żyć w Rosji. Trzeba o tym pamiętać. To właśnie robi Vučić. Europa uważa, że coś knujemy z Rosją. Nie robimy tego. Są na to dowody: 55 wspólnych manewrów z NATO i pięć z Rosją. Prawie 70 proc. wymiany handlowej przypada na UE. Mamy strefę wolnego handlu z Rosją, ale ona nie działa. Ale jeśli jest się politykiem, liczby nie mają znaczenia, bo chodzi o miłość. Unia to strategia polityczna. Po 2008 r. jest w tej sprawie ponadpartyjna zgoda.
Ostatnie przyjęcie z wielką pompą Władimira Putina w Belgradzie to też element gry na emocjach?
Tak. To pierwsza z czterech wizyt Putina, z której on sam mógł coś wynieść dla siebie. Potrzebował wizyty w Serbii, żeby poprawić sobie wizerunek nadwyrężony rosyjską próbą zamachu stanu w Czarnogórze w 2016 r. Gdy tylko go udaremniono, do Belgradu przyleciał Nikołaj Patruszew, sekretarz Rady Bezpieczeństwa. Oficjalnie po dokumenty, w praktyce, by zabrać swoich przyjaciół (organizatorów przewrotu – red.). W porządku, wszyscy tak robią, z Ameryką na czele. Ale nie pozostało to bez wpływu na pozycję Rosji.
Już po próbie puczu w Czarnogórze Macedonia opublikowała dokumenty wskazujące na rolę serbskich służb, które miały pomagać Rosjanom w wywoływaniu zamieszek przeciw porozumieniu z Grecją. I przewrót, i zamieszki miały ten sam cel: udaremnić obu krajom wejście do NATO. Czy to nie dowodzi, że Belgrad współpracuje z Moskwą przeciw euroatlantyckim planom Bałkanów?
Zgodziłabym się z tą tezą, gdyby nie to, że Nikoła Gruewski (były premier Macedonii, przeciwnik porozumienia – red.) uciekł przez Albanię na Węgry, a nie do Serbii. Właściwym adresatem pana pytania jest Viktor Orbán. Rosji nie podoba się porozumienie grecko-macedońskie. Doprowadziło ono nawet do pierwszych w historii sporów między Atenami a Moskwą. Ale Serbia ten układ popiera, bo leży to w interesie regionu. Rosja nie chce wejścia kolejnych państw do NATO. Serbii to nie obchodzi. I tak jesteśmy otoczeni przez NATO, natowskie oddziały są w Kosowie, czyli na naszym terytorium (Serbia nie uznaje niepodległości Kosowa – red.). Byliśmy bombardowani przez Sojusz, czego nigdy nie zapomnimy. Ale Gruewski pojechał na Węgry, a nie do Serbii. Unia popełniła błąd, pozwalając Orbánowi przyznać mu azyl.
Mówi się, że trwają rozmowy o wymianie terytoriów – północne Kosowo w zamian za albańskie wioski w Serbii – i normalizacji relacji. To dobry pomysł?
Rozmowy tworzą klimat do ogłoszenia rozwiązania konfliktu. Cud, którego wielu Europejczyków nie rozumie, polega na tym, że w końcu od pięciu lat Serbowie i Albańczycy spotykają się przy jednym stole, choć był czas, gdy nie chcieli przebywać ze sobą na tej samej planecie. Jako naród zostaliśmy poniżeni. Spotkała nas ogromna niesprawiedliwość. Czy można nas za to winić? Tak! Czy możemy sobie poradzić z tym, co się stało? Nie! Ale przedstawiciele Belgradu i Prisztiny się spotykają. Nie potrzebujemy do tego Europy, Rosji ani USA. Potrzebujemy siebie nawzajem i przyszłej umowy albańsko-serbskiej. Kosowscy Albańczycy nie chcą jednak równego partnerstwa z Serbami, co udowodnili, nakładając zaporowe cła na serbskie towary. To niedorzeczne. Stoję w opozycji do Vučicia. Zrobił wiele rzeczy, których nie pochwalam. Ale prawda jest taka, że w kwestii Kosowa robi, co może. Popełnia błędy, ale działa najlepiej, jak umie. Poradził sobie z kryzysem migracyjnym w najlepszy możliwy sposób. Krytykuję go za łamanie praworządności, ale mogę go pochwalić, że potrafi usiąść do stołu bez pośredników. Niemcy i Francuzi w latach 50. nie potrzebowali moderatora, by nauczyć się żyć w pokoju. Podobnie Polacy i Niemcy. Czy Serbowie i Albańczycy są od was gorsi?
Czy Serbowie są gotowi uznać, że stracili Kosowo na zawsze?
To się nigdy nie wydarzy. To sprawa emocji. Gdyby pan zapytał Węgrów, czy zapomnieli o traktacie z Trianon (po I wojnie światowej pozbawił Węgry 70 proc. obszaru – red.), odpowiedzą, że nie. Ale to nie znaczy, że mamy blokować pozytywne zmiany społeczne. Będziemy sobie radzić z przyszłością, nie zapominając o przeszłości.
Radzić sobie, uznając państwowość Kosowa?
Wątpię. Nie sądzę zresztą, by to coś zmieniło. Zresztą uznanie to sprawa retoryki, a nie rzeczywistości. To jak z proklamacją niepodległości Kosowa. Przed 2008 r. tamto społeczeństwo żyło tylko tym. Ogłosili niepodległość i zaczęli myśleć, co dalej. Zaczęły się konflikty, bójki w parlamencie. Różnicę robią praworządność i dobrobyt, a nie uznanie czy nieuznanie.
Vučić wspiera lidera bośniackich Serbów Milorada Dodika, który niejednokrotnie ogłaszał chęć secesji.
Nieprzyjemna prawda o Bośni i Hercegowinie jest taka, że UE mogła się sprawić lepiej. Odpowiadają za nią od 25 lat. To nie znaczy, że mieszkańcy BiH są bez winy, ale UE ma tam swojego przedstawiciela z prawem weta i pieniądze. Wątpię, czy obywatele BiH kiedykolwiek dojdą do porozumienia w sprawie konstytucji czy powołania państwa unitarnego. Każde z trzech bośniackich społeczeństw żyje w złotym wieku polityki, gdy ma się dobrą wymówkę. Przeprowadzicie reformy? Nie, bo mamy złą konstytucję. I nikt nic nie robi. Czy Dodik ponosi największą winę za ten stan rzeczy? Być może, w końcu jego partia jest największa. Ale proszę zauważyć drogę, jaką przebył. Od demokratycznie nastrojonego polityka do nacjonalisty, który od czasu do czasu proponuje rozbicie BiH. Ale to retoryka. Czyny są inne. Mówi, że nie chce bośniackiej flagi, i tłumy wiwatują. A potem pokazują zdjęcia jego gabinetu i ta flaga tam jest. Rząd Serbii ma bliskie związki z Republiką Serbską w BiH, ale od dawna nie wpływa na jej sprawy wewnętrzne, bo to grozi wybuchem. Retoryka sobie, działania sobie.