Kto bogatemu zabroni, czyli ile kosztują obietnice wyborcze

Marek Tejchman
Marek TejchmanDGP / Wojtek Gorski
25 lutego 2019

Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa – głosiło szlacheckie przysłowie z XVIII w., gloryfikujące złote czasy rządów Augusta III. Konsumpcja nieskażona koniecznością płacenia podatków czy służenia państwu – opłacało się być wtedy obywatelem Rzeczypospolitej. Na sejmikach i w sejmie oprócz zdrady królowało zwykłe przekupstwo – szlacheckiej braci wmawiano, że pieniądze można znaleźć w historycznych długach, a zamiast profesjonalnej drogiej armii obroni nas pospolite ruszenie.

Dziś w polskiej polityce jest jeszcze więcej zgodności niż w tej XVIII-wiecznej – zarówno rządzący, jak i opozycja proponują Polakom dokładnie to samo – 500 zł na każde dziecko i dodatkową emeryturę. Potężne transfery bez żadnego kryterium dochodowego.

W tej sytuacji pojawia się absurdalne pytanie – czy nas na to stać? Oczywiście że tak. Co więcej, stać nas nawet na projekt 1000 zł na jedno dziecko. Możemy też podnieść płacę minimalną. Możemy wprowadzić bon wakacyjny dla każdego. Najlepiej z okazji 100-lecia Bitwy Warszawskiej – można by wtedy ogłosić Wielki Sierpniowy Tydzień Wolnego. W zależności która strona politycznego sporu będzie to proponowała, może to być Wielki Narodowy Tydzień Wolnego albo Wielki Obywatelski Tydzień Wolnego. Naprawdę nas na to stać.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.