Koalicja obywatelska utknęła w antypisie, zaczyna zdanie od kaczyńskiego, kończy na morawieckim. Paliwa starcza na 24 proc. i duże miasta. Mało na bój o parlament europejski, sejm i prezydenta
Reklama
Kurz po bitwie opadł. Po euforii pierwszych niedzielnych sondaży anty-PiS wziął na wstrzymanie, bo czym dalej od zamknięcia lokali wyborczych, tym wyniki gorsze. Zwłaszcza w sejmikach wojewódzkich, gdzie podobno centrum samorządności i pieniędzy. Mało kto już wspomina, że o co innego w tej rozgrywce szło, że nie wybieraliśmy szefów kraju, tylko powiatu. Obie strony konfliktu jak kania dżdżu potrzebują sukcesu, więc wykrawają odpowiedni fragment rzeczywistości, podnoszą do góry i krzyczą: zwycięstwo!
A co widać? Polska tak samo podzielona, jak przed 21 października. PiS jak miał, tak ma o jedną trzecią większe poparcie niż główny konkurent. Koalicja Obywatelska silna w dużych miastach, PSL na wsiach, SLD i Kukiz’15 to plankton.
Magazyn DGP 26.10 / Dziennik Gazeta Prawna
Jeśli anty-PiS jakąś lekcję winien wyciągnąć z tej rundy, to jedną: nie tędy droga.
Ilekroć myślę o niedzielnych wyborach, przed oczami mam ten obrazek.
Oto miasto powiatowe średniej wielkości, centralna Polska. Przedostatni tydzień kampanii samorządowej. W poniedziałek do miasta zjeżdżają najwięksi z wielkich opozycji: Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer i Barbara Nowacka. Spotkanie w późnych godzinach popołudniowych odbywa się w miejskiej bibliotece. Sala wypełniona w połowie, coś około 40 osób, w przeważającej większości – członkowie miejscowej Platformy i Nowoczesnej. Zresztą, jak to zwykle w przypadku takich spotkań, wcześniej obdzwonieni i zobowiązani do przyjścia.
Zachwyt liberalnych publicystów, że oto 21 października dokonał się jakiś przełom, a wysoka frekwencja świadczy o przebudzeniu suwerena, nijak się ma do tego, co się wydarzyło. Elektorat liberalny ani się zwiększył, ani nie zmalał, konserwatywny także
Zjawiają się liderzy Koalicji Obywatelskiej, witają się, siadają. Na początek krótka dyskusja o tym, jaki powinien być dobry samorządowiec. Uczestnicy wygłaszają przygotowane formułki, liderzy Koalicji słuchają. Potem czas na ich przemówienia. Treści znane z telewizji: o konieczności obrony samorządów przed PiS. Mija godzina, koniec. Lokalni liderzy Platformy zabierają Schetynę, Lubnauer i Nowacką na krótką kolację. Gorących dyskusji nie ma, jedzą i rozjeżdżają się.
W tym samym tygodniu, w piątek, osiem dni przed wyborami, do miasta przyjeżdża prezydent Słupska Robert Biedroń. W ramach burzy mózgów ma rozmawiać z mieszkańcami. Biedroń buduje nowy ruch polityczny, którego nazwę i program ma ogłosić w lutym. Spóźnia się, bo zanim dotrze do muzeum, gdzie wynajęto salę, wstąpi do lokalnego radia, telewizji i jeszcze porozmawia z dziennikarzami portali i gazet.
Sala wypełniona po brzegi, prawie 150 osób, spóźnialscy stoją na korytarzu. Biedroń zdejmuje marynarkę, sięga po mikrofon i wchodzi w tłum. Mówi, pyta, dyskutuje, żartuje. Publiczność do szpiku liberalna, anty-PiS-owska, co słychać w wypowiedziach i komentarzach, w różnym przedziale wiekowym. Choć nienawykła, by polityk pytał ją o zdanie, szybko przyjmuje tę konwencję. Mikrofony kursują z rąk do rąk. Spotkanie trwa półtorej godziny, na koniec każdy może wrzucić do przygotowanej skrzyneczki kartkę hasłami, co go w kraju boli i co by chciał zmienić.
Biedroń nie znika, długo rozmawia w kuluarach z mieszkańcami, z dziennikarzami. Potem odwiedza lokalny komitet ruchu miejskiego, założony przez jego byłego współpracownika. Tam do późnej nocy znów dyskutuje, radzi, pozuje do zdjęć, które błyskawicznie lądują na Instagramie i Facebooku, także jego.
Pytany o komentarz w sprawie frekwencji na obu spotkaniach kandydat Koalicji Obywatelskiej na prezydenta miasta odpowiada, że to z Biedroniem było zapowiedziane wcześniej, stąd tłumy.
W niedzielę zaufało mu jedynie 11 proc. wyborców, dostał ledwie 41 głosów więcej od kandydata ruchu miejskiego, który swój start zapowiedział w ostatnim dniu przed zamknięciem zgłoszeń.
Z dwóch perspektyw można patrzeć na politykę. Pierwsza – na piedestał wynosi pragmatyzm, skupia się na strategiach, sojuszach, kuluarowych grach, parlamentarnej arytmetyce, całość sowicie okraszając danymi z sondaży i odpowiednio sprofilowanym przekazem mediów. Druga – widzi politykę jako ścieranie się idei, wizji, a jej sednem jest nawiązanie emocjonalnego stosunku z wyborcą i tożsamościowe porozumienie na poziomie postaw i poglądów. Te perspektywy przenikają się, rzadko występują rozdzielnie, bo i też najbardziej efektywne jest ich połączenie.
Dwóch jest w Polsce polityków, którzy łączą je w sposób perfekcyjny. Oferują wyborcom wizję i idee, jednocześnie biegli są w makiawelicznych układankach i strategiach. To Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Pierwszy zaoferował Polsce liberalnej otwartość, wspólnotę europejską i modernizację, jednocześnie sprytnie nałożył przeciwnikowi maskę szaleńca. Drugi zagospodarował Polskę konserwatywną, odwołując się do jej dumy i wyjątkowości, a przeciwnika ubrał w szaty złodzieja i zdrajcy.
Jednak jeden z nich zszedł z placu boju, wybrał europejską prezydencję. Podwójne zwycięstwo PiS w 2015 r. i trzy lata samodzielnych rządów tej partii to konsekwencja jego braku, bo liderzy opozycji nie potrafią wypełnić tej pustki. Grzegorz Schetyna jest politycznym pragmatykiem, ale wypranym z idei, podobnie Katarzyna Lubnauer. Barbara Nowacka może i wizję ma, ale brakuje jej umiejętności politycznych, a Władysław Kosiniak-Kamysz jest wciąż wielką niewiadomą.
PiS i anty-PiS opowiadają o sobie, że dzieli ich wszystko. Różnica jest polityczna, mentalna, tożsamościowa. Już nie tylko opinie i poglądy mają różne, oni nawet co do faktów się nie zgadzają. Patrzą na to samo, widzą coś innego. Najlepiej widać to w telewizyjnych serwisach informacyjnych i tygodnikach tożsamościowych.
Ale też czym głośniej zaprzeczają, tym jaśniej widać ich cechę wspólną: myślenie plemienne. Albo jesteś z nami, albo przeciw. Stąd taki wstręt do symetrystów: ci stoją okoniem, raz chwalą, raz ganią, w dodatku wszystkich chcą oceniać tę samą miarą.
Owa plemienność, choć całkowicie wypacza ogląd rzeczywistości, jest doskonałym narzędziem politycznym. Mobilizuje elektorat, zmusza go do opowiedzenia się po jednej ze stron, a wszelkie niuanse odkłada na bok, bo na froncie nie ma miejsca na filozofowanie, tylko na strzelanie. Jak kto przeciwnik, to choćby dobrotliwy niczym Matka Teresa, pod mur musi trafić. Jak nasz, to choćby złodziej, zostanie mu wybaczone. Pragmatyzm polityczny triumfuje, bo elektoraty przyjęły te zasady.
Zaraz, stop. To skąd te tłumy, dyskusja i zaangażowanie na spotkaniu z Biedroniem i pustki u Schetyny?
W kampaniach wyborczych najważniejsze są narracje. Spójne, atrakcyjne opowieści, przemawiające do wyborców, trafiające nie w głowę, ale w serce. Jedne zbudowane są na strachu i uczuciach negatywnych, inne tchną optymizmem i wizją jasnej przyszłość. Jeśli te narracje są dobrze podane i opakowane, a ogłaszający je polityk jest w ich głoszeniu wiarygodny, droga od zwycięstwa jest otwarta.
Prawo i Sprawiedliwość swoją narrację ma. Zaczęło od Polski w ruinie, 500+ i strachu przed uchodźcami, skończyło na krainie szczęśliwości, odzyskanych miliardach z VAT i wstawaniu z kolan. Elektorat zachwycony, bo tak widzi rzeczywistość. Koalicja Obywatelska utknęła w anty-PiS-ie, zaczyna zdanie od Kaczyńskiego, kończy na Morawieckim. Paliwa starcza na 24 proc. i duże miasta. Mało na bój o Parlament Europejski, Sejm i prezydenta.
Zachwyt liberalnych publicystów, że oto 21 października dokonał się jakiś przełom, że coś pękło, coś się skończyło, a wysoka frekwencja świadczy o przebudzeniu suwerena, nijak się ma do tego, co się wydarzyło. Jest constans. Elektorat liberalny ani się zwiększył, ani nie zmalał, konserwatywny także. W wyborach do sejmików Koalicja Obywatelska powtórzyła wynik Platformy z 2014 r. PiS zwiększył stan posiadania, ale nie przejął żadnego z wielkich miast. Gdzie tu miejsce na radość?
Wróćmy do spotkania z Robertem Biedroniem. Nie po to ten przykład, by pastwić się nad bezideowością opozycji, lecz by zwrócić uwagę na potrzeby liberalnego elektoratu. Aplauz, jaki wywołał wśród uczestników spotkania choćby postulat realnego rozdziału Kościoła od państwa, dowodzi, jak gorące są idee liberalne i jak wielka potrzeba ich artykułowania.
Koalicja Obywatelska nie w wielkich miastach musi szukać rezerw, ona musi opowiedzieć własną, atrakcyjną historię Polsce powiatowej. Pierwszy krok to zerwanie z absurdalnym przekonaniem, że tam tylko konserwa, że to PiS z proboszczem pospołu rozstawiają wszystkich po kątach, a liberałowie pochowali się do dziur, jedyną aktywność przejawiając na Fejsie, pewnie jeszcze na lipnych kontach.
Klasa średnia, specjaliści, nauczyciele, urzędnicy, przedsiębiorcy Polski powiatowej to naturalne zaplecze anty-PiS. Swego czasu Donald Tusk złożył mu atrakcyjną ofertę: spokój i możliwość bogacenia się. Nie róbmy polityki, budujmy mosty. Dziś to hasło wyśmiane, ale wtedy trafiło w wyborcze emocje.
Mniejsza o to, czy opowieść będzie lewicowa, liberalna, czy będzie zalatywać mieszczaństwem albo rewolucją. Ważne, żeby celnie namierzyła potrzeby i dotarła do serca, nie głowy. Wiemy, że Grzegorz Schetyna tej opowieści snuć nie potrafi. To wcale go nie dyskwalifikuje jako szefa opozycji, jeśli tylko znajdzie i wystawi na front odpowiednich bajarzy. Robert Biedroń jest tu jego naturalnym sprzymierzeńcem. Jeśli uwiedzie liberalną Polskę i ją zagospodaruje, dołoży cegiełkę do klęski PiS.