Reklama

Podczas gdy większość opozycji bojkotuje głosowanie, Maduro odwołał się głównie do swych zwolenników w najbiedniejszych okręgach wyborczych, które - jak pisze Reuters - pozostają bastionem rządu mimo szalejącej inflacji i coraz dotkliwszych braków rynkowych napędzających wielocyfrową inflację.

Maduro, były kierowca autobusu, w nieodłącznej czerwone koszuli głosował w biurze wyborczym w jednej ze szkół w Caracas. Zapewnił przed kamerami telewizji, że "proces wyborczy pozwoli wkroczyć Wenezueli w etap stabilizacji politycznej".

"Twoja kartka wyborcza zdecyduje: głosy albo kule, Wenezuela-Ojczyzna albo Wenezuela-kolonia, pokój lub przemoc, niepodległość lub uległość!"- deklarował przywódca Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli, posługując się typową dla niego retoryką polityczną.

Głównym rywalem Maduro jest były zwolennik Chaveza, eksgubernator stanowy Henri Falcon, który mimo przewagi w niektórych okręgach wyborczych nie zgromadzi - według sondaży - wystarczającej większości głosów, ponieważ opozycja uznała, że startując w wyborach przyczynił się do ich częściowej legitymizacji i złamał solidarność sił antyrządowych.

"Jestem głodny, nie mam pracy, ale stawiam na Maduro" - cytuje Reuters wypowiedź 49-letniego Carlosa Rinconesa, który oskarża prawicowych właścicieli przedsiębiorstw o celowe stwarzanie braków na rynku i windowanie cen.

Jednak poglądy ogromnej części wenezuelskiego społeczeństwa kształtuje trwająca już piąty rok recesja gospodarcza, załamanie się wydobycia ropy naftowej, której najbogatsze na świecie złoża znajdują się w Wenezueli, amerykańskie sankcje gospodarcze, załamywanie się z przyczyn ekonomicznych systemu ochrony zdrowia dla najbiedniejszych budowanego w pierwszy latach "rewolucji boliwariańskiej" Hugo Chaveza (1999-2013).

Wenezuelski minister informacji Jorge Rodriguez wydał komunikat, według którego w ciągu pierwszych czterech godzin od otwarcia biur wyborczych odwiedziło je 2,5 mln spośród ponad 20 mln Wenezuelczyków uprawnionych do głosowania. (PAP)