Najlepsze są stare metody. Choć chińscy hakerzy buszują po serwerach zachodnich instytucji i firm, to nic nie zastąpi informacji zbieranych przez szpiegów.
Magazyn DGP 02.02.18 / Dziennik Gazeta Prawna
Jerry Chun Shing Lee ledwo zdążył wejść do terminalu przylotów lotniska im. Kennedy’ego w Nowym Jorku, gdy podeszli do niego „smutni panowie”, którzy zaprowadzili go do bocznego wyjścia. Jedyną wycieczką, którą Jerry – znany też jako Zhen Cheng Li – odbył tym razem po USA, był przejazd z aresztu do sądu, gdzie ten 53-letni Amerykanin chińskiego pochodzenia usłyszał zarzut „bezprawnego posługiwania się informacjami dotyczącymi bezpieczeństwa narodowego”.
Reklama
Brzmi to znacznie mniej spektakularnie niż jest w rzeczywistości: w ostatnich latach amerykański wywiad w Państwie Środka poniósł wiele porażek. Od początku dekady chiński kontrwywiad dopadł ok. 20 szpiegów Waszyngtonu. Takiej klęski Centralna Agencja Wywiadowcza nie poniosła od dawna, można nawet mówić o jednej z największych wpadek epoki pozimnowojennej, współczesnej Zatoce Świń (nieudany desant ochotników na Kubę w 1961 r., mający na celu obalenie Fidela Castro). CIA bezradnie patrzyła na dziesiątkowanie siatki wywiadowczej. Agencja podejrzewała, że może mieć „kreta” w swoich szeregach, ale nie była w stanie go namierzyć. Drugie potencjalne wytłumaczenie zakładało, że Chińczykom udaje się przechwytywać informacje przepływające tajnymi kanałami. Własne śledztwo w tej sprawie podjęło również FBI – rozbieżności w ocenie sytuacji i wskazywaniu winnych miały zresztą być przyczyną jednego z najpoważniejszych kryzysów w relacjach między Agencją a Biurem, choć obie instytucje trzymają karty przy orderach, gdy chodzi o konflikty między nimi. Wiadomo, wszystko zostaje w rodzinie.

Reklama
Lee był tej rodziny członkiem: od 1994 r. do 2007 r. aresztowany w połowie stycznia mężczyzna był jednym z wysoko postawionych funkcjonariuszy Agencji. Poza tym polowanie na amerykańskich szpiegów za Wielkim Murem zaczęło się dopiero wtedy, gdy Jerry przeszedł na emeryturę i zaczął w Hongkongu pracować dla znanego domu aukcyjnego. To FBI pierwsze nabrało wobec niego podejrzeń: przez kilka lat po przejściu na emeryturę Lee krążył między Hongkongiem a Stanami Zjednoczonymi, w których została jego rodzina. W 2012 r. agenci Biura wykorzystali moment, gdy jadąc do Chin, były szpieg zatrzymał się w Wirginii, a potem pojechał na krótkie wakacje na Hawaje. W jego pokojach hotelowych znaleziono dwie pozornie niewinne książki. Ale na marginesach stron Lee robił notatki – były to szczegółowe informacje na temat ludzi pracujących dla CIA w czasach, gdy i on był pracownikiem Agencji. Notki zawierały m.in. prawdziwe nazwiska amerykańskich szpiegów i ich numery telefonów.
Wkrótce Lee wylądował na przesłuchaniu w FBI, pierwszym z pięciu. Nie jest do końca jasne, czy zdołał udzielić wyjaśnień na tyle przekonujących, że pozwolono mu opuścić budynek, czy też agenci Biura chcieli tylko wybadać podejrzanego przed postawieniem mu poważniejszych zarzutów – dosyć, że odkąd w 2013 r. Lee wyjechał z USA, trzymał się z dala od ojczyzny. Aż do feralnej podróży z początku tego roku. Co podkusiło byłego agenta do podjęcia ryzyka? Tu nie ma jasności – być może FBI nie było kilka lat wcześniej na tyle jednoznaczne, by Lee uznał, że grozi mu coś poważniejszego. Może uznał, że akta śledztwa sprzed kilku lat kurzą się już w archiwum. Tego Amerykanie nie ujawniają. Za to ze skąpych informacji wynika, że są przekonani, że znaleźli „kreta”, którego tak długo szukali.
Student ma oko na profesora
Liczbę chińskich szpiegów na Zachodzie należałoby podawać w tysiącach, może nawet w dziesiątkach tysięcy. Kanadyjska „Montreal Gazette” już dekadę temu informowała, że w kraju działa co najmniej tysiąc agentów Pekinu. O podobnej liczbie szpiegów z Państwa Środka w Australii mówił Chen Yonglin, chiński dyplomata, który poprosił w Canberze o azyl. Inne rządy są bardziej powściągliwe w liczeniu potencjalnych agentów, co nie znaczy, że mają ich mniej.
– Jako ktoś, kto służył w jednostkach specjalnych i kto studiował działania tego typu służb na całym świecie, mam tendencję do uważania się za całkiem kumatego w tych sprawach – tak zaczął swoją relację Jack Murphy, który porzucił wojsko w 2010 r. dla kariery naukowej na Uniwersytecie Columbia. – Oczywiście nigdy nie wiesz, czego nie wiesz. A okazuje się, że spraw, o których nie miałem pojęcia, jest całkiem sporo, zwłaszcza jeżeli chodzi o szpiegostwo – kontynuuje.
Murphy’emu chodziło o chińskich studentów, z którymi pracuje na Alma Mater. Były żołnierz opisywał sytuację, gdy przed egzaminami usiadł z trójką uczniów – dwójką z Chin i jednym z USA, ale chińskiego pochodzenia – by porozmawiać o polityce Pekinu. Po jego pytaniu o obławy na Falun Gong (ruch zwolenników medytacji i ćwiczeń, ale też środowisko niezależne od władz i z ciągotami do tworzenia własnej filozofii życiowej) trójka studentów nagle się usztywniła. – Co sądzicie o Falun Gong? To prześladowana mniejszość czy oni rzeczywiście szkodzą państwu? – rzucił studentom Murphy. Cisza, wzruszanie ramionami, rzucanie badawczych spojrzeń po sobie: tak opisywał reakcję swoich podopiecznych były wojskowy. I wreszcie wymuszona odpowiedź któregoś ze studentów: „Nie wiem, może po trochu to i to”. Murphy jest przekonany, że przynajmniej jedna z osób, które uczestniczyły w tym miniseminarium, później uważnie obserwowała go na uczelni.
Ekspert z Uniwersytetu Columbia jest przekonany, że podwładni szefostwa chińskiego ministerstwa bezpieczeństwa państwowego nie są taką samą służbą, jak zachodnie wywiady. Chińczycy są w niewielkim stopniu zainteresowani budowaniem sieci agentów, tak jak przez dziesięciolecia robiły to CIA czy KGB i jej następcy z FSB. – Oni są mistrzami w zbieraniu danych z otwartych źródeł. Pozyskują tę wiedzę krok po kroku, powoli, i dopiero gdy napotkają problem nie do pokonania, starają się te dane wykraść – dowodzi Murphy. – Biały wywiad ma dla Pekinu znaczenie strategiczne. Zapomnijcie o przykrywkowych tożsamościach, żonglowaniu siatką informatorów i skrzynkach kontaktowych – dorzuca.
Studenci – jak opisana przez niego grupka – to awangarda wielotysięcznej armii Chińczyków, których można nazywać szpiegami lub nie. Od zakończenia zimnej wojny Państwo Środka wysłało na studia na Zachodzie 600 tys. młodych ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że ta hojność nie jest przypadkowa. Zbierają więc informacje, nie tylko realizując rozkaz przełożonego z Pekinu, ale też przy okazji – wiedząc, że w ojczyźnie będą o nie wypytywani. Z premedytacją kieruje się ich przede wszystkim do zadań takich, jak obserwowanie środowisk uważanych za Wielkim Murem za wrogie Republice Ludowej – jak Falun Gong i jego sympatycy, zwolennicy narodowowyzwoleńczych aspiracji prowincji Sinciang (Ujgurzy), współpracownicy organizacji praw człowieka, osoby interesujące się chińską polityką, historycy tropiący niuanse wydarzeń takich jak masakra na placu Tiananmen w 1989 r. Co oczywiście nie znaczy, że Pekin porzucił tradycyjne szpiegowskie gierki.
Wielkie chińskie wesele
Ta historia była tak niezwykła, że musiała trafić na wielki ekran. Tak też się stało, dobre ćwierć wieku temu zresztą.
Bernard Boursicot trafił do Państwa Środka w apogeum epoki maoistowskiej, w 1964 r. Dwudziestoletni księgowy z francuskiej ambasady był tyleż naiwny, co niewinny: czasy rewolucji seksualnej w jego ojczyźnie miały dopiero nadejść, zaś młodzieniec doświadczył jedynie homoseksualnych czułości z kolegami ze szkół, w których wcześniej się uczył. Wkrótce po przyjeździe do Pekinu Boursicot spotyka Shi Pei Pu. To „młody, zagadkowy człowiek, przystojny, choć niski, o niepokojącej twarzy, który wspaniale prezentuje się w garniturze ze stójką w stylu Mao” – jak opisuje go Roger Faligot, francuski dziennikarz specjalizujący się w historii służb specjalnych, w książce „Tajne służby chińskie. Od Mao do igrzysk olimpijskich”.
Po pewnym czasie Shi Pei Pu wyjawia Francuzowi „prawdę” o sobie: jest kobietą. Kobietą, która od dzieciństwa była wychowywana jak chłopiec, gdyż matka czuła się zobligowana do urodzenia mężowi syna. Co więcej, Shi – manipulując własnymi genitaliami, wykorzystując aktorskie umiejętności i atmosferę tajemnicy otaczającą romans z francuskim dyplomatą, a więc pospiesznie i w ciemnościach odbywane zbliżenia seksualne – był w stanie przekonać Boursicota, że razem stracili dziewictwo, a gdy Francuz dostaje polecenie przeniesienia się do placówki w innym kraju, że jest z nim „w ciąży”.
Gdy po miesiącach dochodzi do kolejnego spotkania, Shi prezentuje Francuzowi ich „syna”. Romans znów rozkwita, zwłaszcza gdy Boursicot wraca do Pekinu. I tu wkracza chińska bezpieka, szantażując Francuza pogróżkami wobec Shi i ich dziecka. „Według zapisu późniejszych przesłuchań przeprowadzonych przez DST (francuską agencję kontrwywiadowczą), Boursicot przekazuje dokumenty dyplomatyczne Chińczykom od wiosny 1970 r. do maja 1972 r., kiedy to ponownie opuszcza Chiny, aby objąć stanowisko archiwisty szyfranta w Dublinie w Irlandii. Później, od kwietnia 1979 r. do marca 1981 r., zostaje przeniesiony do upiornej ambasady w Mongolii, gdzie w hotelowym apartamencie w Ułan Bator w jego sejfie przechowywane są archiwa” – pisze Faligot. Po latach Boursicot bronił się, że przekazywał Pekinowi wyłącznie dokumenty, które mogły pomóc Republice Ludowej „wyjść z międzynarodowej izolacji” i „nigdy nie dotyczyły tajemnic Francji”. Przepisywał nawet artykuły z międzynarodowej prasy – o Amerykanach w Wietnamie, ambicjach Związku Radzieckiego, wyborach w Indiach, japońskim militaryzmie.
W 1983 r. DST aresztowała Boursicota i Shi, gdy zamieszkali razem we Francji. Skończyło się procesem, który zamienił się w pikantną operę mydlaną – to na korytarzu sądu Boursicot przekonał się, że jego miłość rzeczywiście jest mężczyzną, skazaniem na sześć lat więzienia oraz filmem w reżyserii Davida Cronenberga, z rolą Jeremy’ego Ironsa – „M. Butterfly”.
Faligot przekonuje, że sprawa Boursicota „przykryła” inne próby przeniknięcia wywiadu Państwa Środka do francuskiego establishmentu, choć nie oznacza to zainstalowania chińskich „kretów” w Paryżu – raczej przełożenie Chińczyków na Pałac Elizejski. Chodziło zapewne o chińskiego dyplomatę, który w 1971 r. w dramatycznych okolicznościach poprosił o azyl we francuskiej ambasadzie w Algierii – po zakulisowych bojach toczonych przez polityków, dyplomatów i służby wywiadowcze, których finalnym aktem była bijatyka na lotnisku Orly między Francuzami a Chińczykami, niedoszłego uciekiniera przechwycili rodacy, którzy wywieźli go za Wielki Mur. Dziś historycy sugerują, że Francuzi oddali go, by nie wywoływać skandalu przed planowaną wizytą prezydenta Georges'a Pompidou w Chinach.
Może ze względu na posiadane już wpływy Chińczycy rzadko sięgają po werbunek miejscowych agentów. W 2011 r. aresztowano pewnego 64-letniego Niemca, który miał na zlecenie Pekinu szpiegować lokalne środowiska ujgurskie, czyli mniejszość etniczną, która próbuje argumentować za niepodległością swojego regionu, stanowiącego jedną z prowincji Chin. W Szwecji w podobną działalność miał być zamieszany Szwed ujgurskiego pochodzenia. Jedną z wersji tłumaczących zniknięcie i śmierć polskiego szyfranta Stefana Zielonki było przypuszczenie, że mógł pracować dla chińskiego wywiadu. W Rosji aresztowano i skazano w ostatnich latach kilku naukowców, którzy zgodzili się sprzedawać Chińczykom tajemnice przemysłowe. W Stanach w 2005 r. aresztowano cztery osoby, które miały budować siatkę wywiadowczą Pekinu za Atlantykiem. Władze Nowej Zelandii podejrzewały lokalnego parlamentarzystę chińskiego pochodzenia Jiana Yanga o przekazywanie Chinom informacji o charakterze wojskowym i wywiadowczym. Na początku tego roku podejrzenia padły na byłą żonę magnata medialnego Ruperta Murdocha, Wendi Deng. Przyjaciółka Ivanki Trump i rzekoma kochanka Tony’ego Blaira miała jakoby słać raporty do Pekinu. Podejrzenia nie były na tyle konkretne, by przybrały formę zarzutów wobec Deng – ale też były na tyle poważne, że wywiady ostrzegają osoby „ze świecznika” przed kontaktami z eksmałżonką magnata.
Mieszkańcy miast-widm
„Nie ma ścian, które potrafiłyby całkowicie powstrzymać wiatr” – taka sentencja ma się znajdować w chińskich podręcznikach dla adeptów szpiegostwa. David Wise, dobiegający dziś dziewięćdziesiątki amerykański reporter śledczy, w swojej ostatniej książce „Tiger Trap. America’s Secret Spy War with China”, twierdzi, że chińskiemu wywiadowi przyświeca jednak inne motto: „Tysiąc ziaren piasku”. Innymi słowy, sztuka nie polega na tym, żeby zwerbować jednego wysoko postawionego agenta, jakim dla Kremla był Robert Hanssen w FBI czy Aldrich Ames w CIA, lecz na tym, by pozyskać setki z pozoru mało znaczących informatorów w przedsiębiorstwach i instytucjach, a dostarczane przez nich – czasem trywialne, cząstkowe, niepotrzebne – informacje lepić w całość. I zdecydowanie bardziej zależy Chinom na szpiegostwie przemysłowym, technologicznym niż wojskowym czy politycznym.
Z prostych powodów: władze w Pekinie nie zmierzają do konfrontacji w stylu zimnowojennym. Nie toczą z Zachodem czy Rosją zastępczych wojen, strefy wpływów kupują sobie w regionach, które i tak dla Zachodu mają znaczenie drugorzędne (wystarczy dostęp do surowców, praca dla chińskich przedsiębiorstw i siła głosu w ONZ). Stosowne informacje wojskowe lub polityczne wcześniej czy później i tak ujrzą światło dzienne, ostatecznie wyciekną w ramach jakiegoś ataku hakerskiego, których to ataków Chińczycy Zachodowi rzeczywiście nie szczędzą (i odwrotnie, bowiem np. Edward Snowden zarzeka się, że Amerykanie regularnie przypuszczają szturm na chińskie serwery).
W przeciwieństwie do sporadycznych skandali politycznych afery gospodarcze z chińskimi bohaterami są na porządku dziennym. Po zachodnich firmach rozsiani są chińscy inżynierowie i specjaliści, którzy nierzadko okazują się współpracownikami Pekinu, np. Niemcy przed kilku laty poskarżyli się, że ich gospodarka traci co roku ok. 50 mld euro i 30 tys. miejsc pracy z powodu wykradania tajemnic handlowych i technologicznych.
Z kolei Faligot cytuje opowieść oficera francuskich służb bezpieczeństwa, który zaobserwował, że w dokach, w których powstawał nowoczesny okręt na potrzeby australijskiego klienta, regularnie pojawiali się obserwujący proces budowy chińscy „przechodnie” z aparatami fotograficznymi. Kilkanaście miesięcy temu w mediach w Państwie Środka ukazały się zdjęcia urządzeń do produkcji energii, które do złudzenia przypominają projekt brytyjskiej firmy Pelamis – w 2011 r. do jej biur włamali się nieznani sprawcy, kradnąc jedynie laptopy z dokumentacją projektu, co po pięciu latach powiązano z urządzeniami, którymi pochwalili się Chińczycy. Analogiczną historię opowiedzieli, niemal w tym samym czasie, Amerykanie: poprzez sieć opłacanych informatorów i zarejestrowaną w USA firmę korporacja China General Nuclear Power miała stopniowo dobierać się do amerykańskiego nuklearnego know-how. Ba, mieszkańcy malowniczej austriackiej mieściny z listy UNESCO, Hallstatt, kilka lat temu przyłapali chińskich „turystów” na robieniu dokładnych pomiarów – włącznie z wymiarami poszczególnych domów i kościołów. Rychło okazało się, że za Wielkim Murem deweloperzy mają zamiar postawić dokładną kopię miasteczka.
Chińskie Hallstatt okazało się potworkiem krajobrazowym i architektonicznym, ale jeżeli wierzyć ekspertom, jest tylko nieudanym przeniesieniem doświadczeń wywiadu do sektora prywatnego. Francuska DST, monitorując korespondencję znanych sobie chińskich informatorów, natrafiła na trop ośrodka wywiadowczego w Chinach, w którym wybudowano repliki najważniejszych europejskich miast. – To miasto-widmo ma umożliwić przyszłym szpiegom zaznajomienie się z tym, co funkcjonuje na Zachodzie – relacjonował oficer francuskiego kontrwywiadu. Imitacje zachodnich sieci handlowych, kawiarni, kiosków z gazetami i biletami autobusowymi, taksówki, komunikacja publiczna. – Byliśmy oszołomieni, gdy ujrzeliśmy Chińczyków, którzy po raz pierwszy przybyli do Nantes i przechadzali się po mieście tak, jakby od urodzenia mieszkali we Francji – kwituje specjalista.
Koniec zawieszenia broni
„Nasze służby pracują na zasadzie rozchodzących się kręgów” – opowiadał Faligotowi „pan Li”, mężczyzna, którego ekspert przedstawia jako weterana chińskich służb specjalnych. W tej doktrynie liczą się nie tyle szpiedzy na kluczowych stanowiskach, ile środowisko informatorów, czasem nawet nieświadomych. „Francja jest jednym z tych krajów, w których najłatwiej zdobyć względy przyjaciół Chin, a więc ludzi, których nazywacie agentami wpływu, źródłem lub czcigodnymi korespondentami. Przy czym dla nas, proszę dobrze mnie zrozumieć, to wcale nie jest szpiegostwo”– dorzucał Li.
Jednak czasy, w których chiński wywiad stosował filozofię opierania się na swoiście rozumianym soft power, mogą dobiegać końca. Wraz z aresztowaniem Lee przedstawiciele amerykańskiego wywiadu mówią o przełożeniu akcentów przez chiński wywiad: przeważają obawy, że Pekin może chcieć teraz werbować byłych oficerów służb. To łatwiejsze niż pozyskiwanie tych, którzy wciąż są na służbie, a jednocześnie równie przydatne w długoterminowej strategii. Kilka miesięcy temu taka historia przydarzyła się 60-letniemu Kevinowi Patrickowi Mallory’emu, który wrócił z Szanghaju z urządzeniami elektronicznymi, na których śledczy znaleźli „ściśle tajne dokumenty i podejrzane wiadomości”, a jeszcze wcześniej – jednej z pracownic Departamentu Stanu, na której konto trafiła podejrzana gotówka.
To oznaczałoby, że czasy niepisanego rozejmu między chińskimi a zachodnimi służbami dobiegają końca, a wysłannicy Pekinu stają się agresywniejsi. Być może jest to najmocniejszy symptom tego, że Chiny pod wodzą Xi Jinpinga będą chciały w kolejnych latach porzucić rolę biernego aktora na scenie międzynarodowej i zacząć wpływać na bieg spraw. Co prawda, budowniczowie chińskiego imperium zapowiadają, że przekształcenie Chin w superpotęgę zajmie im 100 lat – ale czemuż by nie przyspieszyć tego procesu?