W pogoni za sensacją przestają bowiem obowiązywać jakiekolwiek zasady, a codzienność reportera (a może raczej łowcy) sprowadza się do prostej maksymy „cel uświęca środki”. A skoro jedyną miarą sukcesu są słupki oglądalności, zamiast komuś pomóc, lepiej przecież nakręcić to, jak cierpi.
Są takie filmy, które niejako mimochodem demaskują mechanizmy działania współczesnych mediów. Ukazują hierarchię wartości, w której słowo „moralność” zastąpione jest przez „wyłączność”, o etyce dziennikarskiej najwyraźniej nikt nie słyszał, a empatia stanowi wyraz największej słabości. Tak było chociażby w przypadku „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a czy „Zaginionej dziewczyny” Davida Finchera. Reżyserski debiut doświadczonego scenarzysty Dana Gilroya to kolejny film należący do tej rodziny, tyle że traktujący całą sprawę w sposób dużo bardziej bezpośredni.
U Gilroya media bardzo mocno wpisane są w samą fabułę. To one dają nowe życie głównemu bohaterowi (przekonujący Jake Gyllenhaal), który do tej pory parał się drobnymi kradzieżami. Paradoksalnie praca z kamerą w ręku w charakterze tytułowego wolnego strzelca, z wcześniejszą profesją mają całkiem sporo wspólnego. W pogoni za sensacją przestają bowiem obowiązywać jakiekolwiek zasady, a codzienność reportera (a może raczej łowcy) sprowadza się do prostej maksymy „cel uświęca środki”. A skoro jedyną miarą sukcesu są słupki oglądalności, zamiast komuś pomóc, lepiej przecież nakręcić to, jak cierpi.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.