Marcin Przybylski i jego aktorzy nie próbują w Teatrze Narodowym udawać amerykańskiego pieśniarza, śpiewać jak on. Na bazie jego songów piszą własną historię równoległą
Gdy sięgam po którąkolwiek z płyt Toma Waitsa, wiem, że za chwilę przeniosę się w jego świat – całkiem osobny i absolutnie niepodrabialny. Podobnie było, gdy przed laty oglądałem jego jedyny warszawski koncert. Waits nie śpiewał w jakimś niewielkim klubie, w oparach whisky i w papierosowym dymie. Koncert odbywał się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury – Waits w gmachu imienia Stalina to samo w sobie było absurdalne. A jednak artyście udało się zamienić wielką scenę przywykłą do zupełnie innych wokalistów w knajpiany podest tylko z fortepianem. Światło wykroiło z niej jedynie niewielki kwadrat, wszystko inne utonęło w ciemności. A sam Tom stał przed mikrofonem w znoszonym garniturze i kapelusiku, pod stopami miał kurz, który wzbijał, tupiąc nogami w rytm muzyki. Czasem też wyrzucał w powietrze garście błyszczących konfetti. To był teatr – jeden z najwspanialszych, jakie zdarzyło mi się oglądać.
Wakar: W Teatrze Dramatycznym Sartre w pełnym blasku. Szekspir tandetny>>
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.