Autopromocja

Matka popkultury

Trzej Muszkieterowie
Trzej MuszkieterowieMedia
23 kwietnia 2014

Nowy przekład „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumasa to dobra okazja, by przypomnieć sobie jedną z najbardziej wpływowych powieści w dziejach

Niewiele jest na świecie książek, które znają (albo im się wydaje, że znają) praktycznie wszyscy – nawet jeśli ich nie czytali. Przynajmniej w tym sensie „Trzej muszkieterowie” Aleksandra Dumasa nie ustępują Staremu i Nowemu Testamentowi. Skoro więc wszyscy znają przygody narwanego gaskońskiego młodzieńca i jego trzech przyjaciół, trudno nawet rozprawiać o treści tej historii – liczą się za to osobiste odczucia i skojarzenia. W moim przypadku „Trzej muszkieterowie” przywołują wspomnienie koszmarnej anginy, jednej z wielu, które dopadały mnie w dzieciństwie. Mam siedem, może osiem lat, dobiega właśnie kresu optymistyczny karnawał „Solidarności”, a ja siedzę pod kołdrą, pocę się jak mysz i zawzięcie czytam książkę Dumasa. Niewiele z niej rozumiem, niczego nie wiem o XVII-wiecznej Francji, hugenotach, kardynale Richelieu i romansach królowej Anny Austriaczki, ale czytam, bo za wszelką cenę muszę się dowiedzieć, co będzie na następnej stronie.

Po latach na to wspomnienie nakłada mi się piosenka z radzieckiej ekranizacji „Trzech muszkieterów”. Nawet teraz, przy lekturze nowego przekładu Janiny i Krzysztofa Błońskich, nieustannie słyszę w tle „Pora, pora, poradujemsja na swojom wieku”, bohaterowie mają twarze rosyjskich aktorów, biegają po Lwowie (który udawał Paryż), a w pewnym momencie nawet jadą stępa po asfalcie, co ani wtedy, ani dziś mi nie przeszkadza. Książka Dumasa jest bowiem matką założycielką popkultury – niejedyną, bo popkultura miała wiele matek i ojców, ale z pewnością zaliczyć ją trzeba do tych najważniejszych. Jej nieprzemijająca siła polega właśnie na scenograficznej i narracyjnej umowności. Z jednej strony, naturalnie, da się ją czytać jako powieść historyczną opartą po części na autentycznych relacjach z epoki (nawet każdy z muszkieterów miał swój rzeczywisty pierwowzór), wiernie oddającą klimat politycznej rywalizacji na dworze Ludwika XIII, słodkie życie ówczesnej klasy rycersko- próżniaczej i łatwość, z jaką można było stracić życie, pojedynkując się pod byle pretekstem. Z drugiej strony zaś te szczegóły nie są w zasadzie potrzebne, by można było się cieszyć przygodową i miłosną intrygą, która stała się wzorcem dla tysięcy, a może i dziesiątek tysięcy podobnych historii – ze stosunkowo świeżych weźmy choćby trylogię husycką Andrzeja Sapkowskiego: młody Reynmar von Bielau to skóra zdarta żywcem (choć pomysłowo i zabawnie) z d’Artagnana.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.