Autopromocja

Mariusz Szczygieł: Papieros z pyska, reporterze

Antologia reportażu polskiego "100/XX"
Antologia reportażu polskiego "100/XX" pod redakcją Mariusza SzczygłaMedia
30 kwietnia 2014

Kryterium doboru nie stanowiła światopoglądowa opcja autora, lecz osobowość reporterska, jakość konkretnego tekstu i jego znaczenie. Reportaże w różnych okresach bywały skażone ideologią. Dlaczego nie miałem tego pokazać? – mówi Mariusz Szczygieł, znakomity dziennikarz i reporter, autor monumentalnej antologii reportażu „100/XX”

Skrót artykułu

Antologia „100/XX” składa się z dwóch trzykilogramowych cegieł po 900 stron każda. Kosztuje grubo ponad 100 zł. Dziś rano plasowała się na pierwszym miejscu listy bestsellerów Matrasu i szóstym Empiku. Wygląda na to, że sprawdza się zacytowana w motcie przepowiednia Egona Erwina Kischa, który w 1929 roku stwierdził, że reportaż będzie „literacką strawą przyszłości”.

Jest mnóstwo wspaniałej literatury i powieść nie zginęła. O czym świadczy powodzenie antologii? Myślę, że część Polaków uznała, że reportaż jest naszym dobrem narodowym. Wyszły dwa monumentalne tomy świetnych tekstów i akt posiadania na półce jest rodzajem – górnolotnie mówiąc – patriotycznej manifestacji. Być może sięgnęli po nie także czytelnicy, którzy nie zawiedli się na moich książkach, ufają mi, wiedzą, jaki mam gust, jak umiem opowiadać oraz że nie zaproponuję im nudziarstwa. Choć trzeba zaznaczyć, że niektóre teksty są przegadane, ale kiedyś pisało się właśnie takie reportaże – długie i bardzo szczegółowe. To również chciałem pokazać. Rzesza czytelników reportaży w Polsce rośnie, w ślad za tym wzrasta liczba wydawanych książek tego gatunku. Mam taką teorię, że w epoce okropnej, miałkiej telewizji oraz gazet, które z konieczności zamieszczają krótsze materiały, część odbiorców szuka głębszej refleksji o świecie. I znajduje ją w reportażu.

Dlatego że reportaż oparty jest na faktach, opisuje świat prawdziwy, a nie jest wytworem pisarskiej imaginacji?

Losem bohatera zmyślonej historii trudno się naprawdę przejąć. Lekturze towarzyszy rodzaj ekscytacji, a nie autentyczne przeżycie. Świadomość tego, że bohater realny, choć figuruje w tekście pod zmienionym nazwiskiem, rzeczywiście znalazł się w dramatycznej sytuacji, oddziałuje mocniej, przejmujemy się nim głębiej. Szkoda, że nikt jeszcze nie zbadał fenomenu czytelnika non-fiction. Zastanawiam się, co ludziom dają książki reporterskie? Przeczytałem „Księgarza z Kabulu” norweskiej reporterki Åsne Seierstad, która przez jakiś czas mieszkała z rodziną tytułowego bukinisty i szczegółowo opisała anatomię tej rodziny i – może zabrzmi to naiwnie – dzięki tej lekturze wszedłem do domu typowego Afgańczyka, dowiedziałem się, jak mieszka, dlaczego nosi nakrycie głowy, w jakich okolicznościach nauczył się mówić po rosyjsku. Jej błyskotliwie skomponowana książka uspokoiła mnie, złagodziła nieuprzedmiotowiony lęk wobec świata islamu. Odnoszę wrażenie, że wiele osób podobnie czyta reportaże – pociąga ich nie bieżące dziennikarstwo, ale wysiłek reportera, by zawrzeć w tekście prawdę o świecie, jego pięknie i brzydocie, w atrakcyjnej formie. Fajnie byłoby ten fenomen zbadać.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.