Udział w jego filmie to dla aktora doświadczenie niemal duchowe, rodzaj medytacji, przygoda o właściwościach psychoterapeutycznych – Jeff Goldblum zdradza sekrety współpracy z Wesem Andersonem
Rola prawnika Kovacsa w „Grand Budapest Hotel” to jedna z pana większych ekranowych transformacji. No, może wyłączając „Muchę”...
Przed rozpoczęciem zdjęć Wes uprzedził nas, że intrygująco ukształtowany zarost będzie odgrywał w filmie ważną rolę. Kazał zapuścić, co się da. Wyobrażenie, jak mają wyglądać poszczególne postaci, było. Rysowniczka Juman Malouf przygotowała szkice poszczególnych bohaterów, ekipa dysponowała też zdjęciami rozmaitych postaci historycznych, do których chciano nawiązać – na przykład właśnie Zygmunta Freuda czy Luigiego Pirandella. Ale pojawiły się niespodzianki. Kiedy zapuściłem brodę i wąsy, okazało się, że dół jest siwy, a góra – ciemna. Wesowi się to spodobało, mimo że się tego nie spodziewał. On pracuje z ogromną dbałością o szczegóły, więc wydał dokładne wskazówki, gdzie przyciąć, gdzie wymodelować, żeby mój zarost wyglądał dokładnie tak, jak chce.
Przyjaciele i rodzina zdążyli się przyzwyczaić do pana w takiej wersji?
Przez jakiś czas musiałem tak chodzić, ale na szczęście rodzina i znajomi nie reagowali na to alergicznie. Chyba im się podobało. Teraz zastanawiam się, czy nie wrócić do zarostu – przed „Grand Budapest...” zawsze byłem gładko ogolony i spodobał mi się ten nowy styl, trochę za nim tęsknię. Może zapuściłbym małą bródkę à la Zappa? Dizzy Gillespie też taką nosił i wielu innych jazzmanów. Fajna sprawa.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.