„Głosy Marrakeszu” to niby zwyczajne obrazy z podróży – ale Elias Canetti umiał nadać im wymiar uniwersalnej nostalgii za innym życiem.
Maroko było w latach 50. zadziwiająco modnym miejscem – nie tyle zresztą samo Maroko, lecz legendarny Tanger, wielokulturowy port nad Morzem Śródziemnym, miejsce, w którym przecinały się ścieżki europejskiego i arabskiego półświatka oraz rozmaitych ekstrawagantów i freaków, haszyszowa ziemia obiecana. Amerykański pisarz Paul Bowles sprowadził się do Tangeru w 1947 roku i został na kolejne półwiecze, klasyk ruchu bitników William Burroughs spędził tam w narkotycznym śnie trzy lata między rokiem 1954 a 1957, pisząc „Nagi Lunch”. Stany Zjednoczone zajmowały się właśnie szaleńczą akumulacją bogactwa, wkraczając w dekady wielkiej prosperity, Europa Zachodnia pilnie odbudowywała się po wojnie – Maroko było inne. Obce, pogrążone w osobliwym bezczasie, zarazem surowe i wyrafinowane.
Ale Elias Canetti nie przybył w 1954 roku do Maroka w poszukiwaniu zakazanych rozrywek i kontrkulturowych inspiracji. Zjawił się tam z angielską ekipą filmową trochę przypadkiem. I bynajmniej nie w Tangerze, lecz w Marrakeszu, starym mieście na południu kraju, w głębi lądu, u stóp potężnych gór Atlas – w metropolii osobnej, dalekiej i konserwatywnej, wpatrzonej w dawno minione czasy świetności, gdy była stolicą potężnych imperiów Almohadów i Saadytów.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.