To jego pierwszy oryginalny materiał od 10 lat. Czy „The Last Ship” powinien dopisać do listy wstydliwych dokonań Stinga, czy tych, z których może być dumny?
Jedenasty krążek „The Last Ship” to zapowiedź musicalu, który ma mieć premierę na Broadwayu w przyszłym roku. Będzie to opowieść o upadku przemysłu stoczniowego w Newcastle, czyli rodzinnych stronach Gordona Matthew Thomasa Sumnera. Siłą rzeczy więc nie brakuje w tej opowieści wątków biograficznych. Jeżeli mielibyśmy stworzyć listę pięciu rzeczy, których Sting powinien się wstydzić i tych słusznie napawających go dumą, to „The Last Ship” można przypasować do... obu kategorii.
Do listy dumy pasują wokale, jakie pojawiają się na najnowszej płycie. O tym, że Sting ma wyjątkowy głos, wiadomo nie od dziś, ale tutaj daje arcyciekawy pokaz wokalnego aktorstwa. Co prawda pojawiał się już w kinie, ale tak aktorsko jeszcze nie śpiewał. Na „The Last Ship” potrafi zaśpiewać, jakby był okrętowym zagrzewaczem do abordażu, niemal melodeklamować jak najlepszy opowiadacz morskich legend i podśpiewywać w klimacie zadymionych portowych tawern.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.