Sporo wiem i widzę, że ministrowi sprawiedliwości zależy na tym samym, co mnie, na oczyszczeniu sądów i prokuratur z ludzi skompromitowanych. Popieram te wszystkie ustawy
Reklama
Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna
Magazyn DGP z 29 września / Dziennik Gazeta Prawna
Pan chciałby być jak „Masa”.
„Masa”? Ja udowadniam, że Jarosław Sokołowski, pseudonim Kojber, czyli garnek...
„Masa” chyba.
Nie, „Kojber”, bo miał łeb jak garnek. Pseudonim Masa sam sobie dopasował. On nie powinien zostać świadkiem koronnym.
Tylko pan?
Nie, nie ja. Mówię o tym, że nie powinien, bo on nie był kimś podrzędnym w mafii pruszkowskiej, tylko jednym z jej przywódców, a herszci – zgodnie z prawem – nie mogą być świadkami koronnymi.
Piotr Pytlakowski i Sylwester Latkowski właśnie wydają na ten temat książkę.
Moim zdaniem mogą za mało wiedzieć na ten temat. Z tego, co mi wiadomo, to porównują zeznania „Kojbra” z tym, co mówi w swoich książkach. A że w książkach zmyśla...
Pan też zaczął książki pisać jak on.
„Kojber” połowę to wymyśla. Bierze historie, które słyszał, i opowiada jak swoje. Choćby jak tę z naszego wyjazdu do Tajlandii, kiedy się okazało, że piękne prostytutki to faceci. Doszło do bitwy z ich opiekunami. Jest nawet zdjęcie, jak po niej wyglądamy. „Kuba Gwałciciel” bez ucha, wszyscy lekko zmasakrowani. I zaręczam, że „Kojbra” z nami nie było. On z faktu, że jest świadkiem koronnym, zrobił cyrk. Stał się celebrytą i odcina kupony od tego, że jest gangsterem. Był Łęckim, znowu jest Jarosławem Sokołowskim, bo zobaczył, że lepiej promować prawdziwe nazwisko niż zmienione.
To podobnie jak pan.
W ostatnich latach kupiłem sto domen i płaciłem za ich pozycjonowanie, żeby nie wychodziło nic w internecie na temat mojego poprzedniego życia, więc nie chodziło mi o to, żeby być celebrytą.
A o co?
Żeby móc normalnie funkcjonować w biznesie. Zmieniłem nazwisko z Maringe na Wilimberg. Wziąłem fikcyjny ślub z prostytutką.
Teraz znowu pan jest Maringe.
Zdecydowałem się działać, demaskować układ prokuratorsko-mafijny, kiedy ministrem sprawiedliwości został Zbigniew Ziobro.
To jak pocałunek śmierci.
Niech pani nie przesadza. Napisałem Andrzejowi Rogoyskiemu, bardzo mądremu i porządnemu człowiekowi, prawnikowi, członkowi rady nadzorczej Polskiego Radia, wiceprzewodniczącemu Trybunału Stanu, co wiem na temat działania ważnych prokuratorów w Warszawie. Nie odpisał. Ale po miesiącu słyszę w mediach, że Ziobro wszystkich tych prokuratorów degraduje.
Dzięki panu?
Na pewno nie dzięki mnie. Ale jestem przekonany, że moje informacje do niego dotarły. I mam nadzieję, że jak się prokurator Dariusz Korneluk będzie żalił do Strasburga na zdegradowanie, to dostanie tam gola – bo „Kojber” nie powinien zostać świadkiem koronnym. On zmyślił strukturę mafii pruszkowskiej, ten zarząd, tych kapitanów, to wszystko jak we włoskiej mafii. Takiej struktury nie było, „Kojber” był po prostu jednym z tzw. starych pruszkowskich. Gdy skonfliktowali się wewnętrznie i kiedy zginął „Perszing”, to poszedł na współpracę. Może uda się pani porozmawiać z emerytowanym policjantem CBŚ, który był w grupie Enigma. On potwierdzi, jak ten koncept został wykombinowany. To gen. Adam Rapacki przesądził o tym, że „Kojber” został świadkiem koronnym. „Kojber” oszukał wymiar sprawiedliwości. Mam to nagrane. Mówi mi przez telefon, że oszukał wszystkich, że wymyślił to, że jest kapitanem, a przecież był jednym z szefów mafii, jednym ze starych pruszkowskich. Mówi to na nagraniu, że tak trzeba było wymyślać dla potrzeb procesowych. Skoro się przyznał do oszustwa, to mamy przecież art. 286 i powinno być wszczęte postępowanie.
On też nazywa pana oszustem.
Pani redaktor, to są poważne sprawy. Wiedział, że nie wygra wewnętrznej wojny w gangu, więc dogadał się z prokuraturą. Stoi za nim układ prokuratorsko-sądowy. Pamięta pani film „Układ zamknięty”? To jest pikuś przy tym, co się działo i dzieje w naszych sądach i prokuraturach. „Kojber” wykorzystał prokuraturę do prywatnych wojenek, a prokuratorzy wykorzystali „Kojbra” do tego, by zrobić kariery. Prokurator Korneluk, były szef Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, mówiąc delikatnie, działał nie tak jak nakazuje prawo w mojej sprawie i na szczęście został zdegradowany przez Zbigniewa Ziobrę.
Został przeniesiony do prokuratury rejonowej za to, że wystąpił o uchylenie immunitetu Antoniemu Macierewiczowi i Mariuszowi Kamińskiemu. Zresztą jego zastępca Jarosław Onyszczuk też.
Prokurator Dariusz Korneluk stoi za tym, że do Szwecji wysłano nieprawomocne postanowienie sądu dotyczące mojej sprawy. Ściągnięto mnie do Polski bezprawnie, ale zostałem prawomocnie uniewinniony.
A więc do prywatnej zemsty wykorzystuje pan politykę.
Robię to bezinteresownie. Przecież Małgorzata Wassermann z komisji ds. Amber Gold nawet nie wiedziała, kim jest gdański gangster, przepraszam, biznesmen, Marius Olech. Powiedziałem jej i całej komisji o trójmiejskim układzie. O tym, że tam jest wciąż prawdziwa mafia, że do więzień trafiły tylko płotki, mięśniaki same. A ci, którzy naprawdę rządzą, są na wolności. Marius Olech też.
Pan jest teraz dla PiS użyteczny.
Nie jestem pisowcem. Jeśli już koniecznie chce mnie pani przyporządkować, to jestem proziobrowy, a nie propisowy. I zdaję sobie sprawę, że oni mnie nigdy nie zaakceptują. Oni – politycy PiS. Gdyby Platforma była przy władzy i gdybym ją popierał, to by mnie zaakceptowała, ale PiS – nie. PO jest liberalna, a PiS to konserwatyści i nie dadzą mi szansy. Mogą mnie słuchać, korzystać z mojej wiedzy, ale nie będą się do tego przyznawać. Przecież ja wiem sporo o korupcji w sądach, w prokuraturze, wśród polityków.
Może pan też konfabulować.
Po co? Naprawdę sporo wiem i widzę, że Ziobrze zależy na tym samym, co mnie, czyli na oczyszczeniu wymiaru sprawiedliwości z ludzi skompromitowanych. Popieram wszystkie ustawy, które chce wprowadzić minister, bo wiem, do jakiej korupcji dochodzi w sądach.
Przeczytał pan te ustawy?
Nie wszystko, ale wiem, o co w nich chodzi. A chodzi o to, żeby skompromitowanych sędziów wymienić. Bez tego ani rusz. Rozumie pani? Ani rusz. Oczywiście można założyć, że przyjdą nowi ludzie i stworzy się nowy układ zamknięty. Ale zanim on się stworzy, zanim ci ludzie nabiorą do siebie zaufania, żeby bez strachu przekraczać uprawnienia, to miną lata. A jak już te lata miną, to przyjdzie nowy rząd i ich wymiecie. Niech ich wymiatają cały czas, niech wymieniają, niech nie dopuszczają do patologicznych zachowań. Przewodniczący wydziału sądu nie wejdzie szybko w nowe układy, bo się będzie bał.
Tylko patrzeć, aż stanie się pan twarzą kampanii „Sprawiedliwe sądy” Polskiej Fundacji Narodowej.
Pani się śmieje, a ja wiem, co mówię. Patologia w sądach to codzienność. „Kojber” był podejrzewany o zlecenie zabójstwa „Kiełbasy”. Normalnie dzieje się tak, że jeśli mamy świadka, niekoniecznie koronnego, który zamieszany jest w poważną sprawę, to żeby jego proces był wiarygodny, powinna go prowadzić równoległa prokuratura w innym mieście. Niestety, w tym przypadku sprawą zajmowała się prokuratura warszawska i słynny prokurator Józef Gacek, który jeszcze niedawno na manifestacji KOD krzyczał coś o demokracji. Nie wiem, czy walczył też o wolne sądy, jeśli tak, to jest kompletna kompromitacja. Minister Ziobro zrobił jeden błąd z prokuratorami – zdegradował ich i pracują w warszawskich prokuraturach, a powinni być zesłani gdzieś w Polskę.
Pan proponuje ministrowi, by wykorzystywał zasady mafijne.
Jakie mafijne?
Samosądy.
Nie, ja proponuję, by jak najdalej odsuwał ludzi, co do których uczciwej działalności nie ma pewności.
Książkę pan wydaje we Frondzie, katolickim wydawnictwie. Paradoks trochę. Wartości chrześcijańskich pan nie promuje.
Wszyscy chcą zarabiać. To jest wydawnictwo pod Frondą, ZonaZero.
Panie Jarku, co pan robił w Kongu?
Interesy. Założyłem tam spółkę. Zostałem obywatelem Demokratycznej Republiki Konga.
To dyktatura.
Jak zwał, tak zwał. Na razie tam nie jeżdżę. Prawo jazdy mam kongijskie. Zakwestionowali mi to prawo jazdy w Polsce i mam teraz sprawę za jazdę bez uprawnień, mimo że mam uprawnienia.
Prawdziwe to prawo jazdy?
A jakie? Szybko wyrobione co prawda, ale prawdziwe.
Pytam, bo wiem, że w Polsce miał pan urzędniczkę w biurze paszportowym, która za odpowiednią opłatą przygotowywała odpowiedni paszport.
W Kongu wykazałem się sporym zaangażowaniem. Całe reformy im chciałem przeprowadzać.
Sądowniczą też?
Nie, nie. Ale policyjną na przykład. Pomogłem im wprowadzić fotoradary, internet LTE.
Ile pan na tym zarobił?
Niewiele. Trochę zarobiłem na statku cementu...
Policja w Polsce też powinna być zreformowana?
Policji nie ruszam, bo oni robią najlepszą robotę. Pomagałem im i pomagam. Policjanci dawali mi podsłuchy do rozszyfrowania, bo przestępcy mówili takim żargonem, że nikt normalny nie potrafił zrozumieć. Ja rozumiem i żargon, i szyfry.
Za kasę?
Nie, charytatywnie. Jestem biegły szczególnie w rozmowach o narkotykach. Można rozmawiać o błahych sprawach, a tak naprawdę ustalać przemyt stu kilogramów heroiny. Ostatnio pomogłem policji przy zatrzymaniu alfonsa z Warszawy, który jest oskarżony o zamordowanie prostytutki. Mieli do mnie zaufanie. Zabrałem się też za świat alfonsów i burdeli. Niedługo ujawnię celebrytę, gwiazdę muzyki poważnej, który jest alfonsem. To ja mu kiedyś powiedziałem, że nie musi się męczyć tylko z tą muzyką, skoro i tak jest uzależniony od płatnego seksu, to może na tym zarabiać. Wie pani, najpierw się uzależniłem od prostytutek, a później, jak już się nasłuchałem historii tych kobiet, to uzależniłem się od tego, żeby je wyciągać z tego kręgu zła.
Pan to wszystko mówi, żeby się przypodobać i politykom partii rządzącej, i zwykłym ludziom.
Bzdury pani opowiada. Zobaczyłem, jak ci alfonsi traktują kobiety, jak gwałcą, jak biją. Dowiadywałem się o zabójstwach.
Sam pan o sobie mówi, że nie jest misjonarzem, że nie doświadczył pan żadnej przemiany.
W ostatnich trzech latach doświadczyłem. Robię mapę burdeli i będę demaskował zwyrodnialców. Pamiętam, jak to się wszystko zaczęło. Mietek, kolega z Pruszkowa, miał największą domówkę w Warszawie. Niestety, poszedł siedzieć. Żona sama prowadziła interes. Chciałem pomóc, poszedłem i się zaczęło. Ona mówiła, żebym przychodził częściej, że da mi zniżkę, to i Mietkowi będzie na flaszkę.
Domówka to...?
To burdel w mieszkaniu. Zresztą do dziś to jest największa domówka w Warszawie. Uzależniłem się, wkręciłem i zacząłem zgłębiać psychiki tych dziewczyn i odkrywać przestępstwa, do jakich tam dochodzi. Odkryłem, że jest dwóch alfonsów gwałcicieli, że jeden alfons to emerytowany policjant CBŚ. Te dziewczyny są manipulowane, zastraszane, wmawiane są zagrożenia, że mafia, że grupy przestępcze.
Ile jest takich domówek w Warszawie?
Było ich kilkaset, ale ich liczba zaczyna się zmieniać.
Kiedyś panu to nie przeszkadzało.
Bo kiedyś byłem zły. Ale nie mówię, które pogodynki przywoziłem z burdelów, nie mówię, które byłe prostytutki pracują dziś w telewizjach. A jest ich kilkanaście. Nie mówię, którego eleganckiego pisma redaktor naczelna kiedyś była luksusową dziewczyną. Pamiętam, że jedną przywieźliśmy z burdelu z Targów Poznańskich, a teraz jest szanowaną dziewczyną, panią z telewizji. Nie mówię, bo cieszę się, że się wyrwały, że im się udało.
Naprawdę miłosierny z pana człowiek.
Krzywdy robić nikomu nie zamierzam.
Może pan szantażować.
Nie zamierzam. Wiem, kto był prostytutką, kto ćpał i ćpa. Znałem wszystkie celebryckie „nosy” Warszawy. W latach 90. kontrolowałem cały narkotykowy rynek stolicy. Wszystkie modelki, cały show-biznes był mój. Robiłem przecież pokazy mody, ustawiałem, które dziewczyny chodzą, później one przychodziły do mnie wąchać. Pruszków cały zaopatrywałem w narkotyki. Pruszkowscy pilnowali tylko, żeby mi włos z głowy nie spadł.
Wszyscy brali?
Mówię teraz o wszystkich dilerach mafii pruszkowskiej, do nich trafiały narkotyki ode mnie. A co do celebrytów, to nie skupiam się na atakowaniu ich, śmieszy mnie tylko, jak mówią, jacy są dobrzy, święci, wspaniali. Moim celem nie jest robienie im krzywdy.
A co jest pana celem?
Chciałem opowiedzieć, jak wygląda to zepsute środowisko. Środowisko, w którym sam byłem, w którym się bawiłem, w którym 90 proc. ludzi zażywało narkotyki. I z tej perspektywy to wszystko wydaje się obrzydliwe. Narkotyki, orgie, gwałty. Ci ludzie się mną chwalili, chcieli się pokazywać w moim towarzystwie. Nie wyglądałem jak gangster, jak mafioso, choć wszyscy wiedzieli, że jestem z mafii pruszkowskiej, że dowodzę narkobiznesem. Miałem sklep z ciuchami w Marriotcie. Ubierali się w nim celebryci. Większość to „nosy”. Wiem, że się boją, że będę mówił nazwiska.
Nie mówi pan, ale z opowieści można się domyślić.
O których słynnych piosenkarkach, o której divie mówię, o jakich modelkach... O tych, co kochały wschodnie rytmy; o tych, co prawie im się udało zrobić światową karierę. O pani, która teraz jest prezesem spółki, a która była wielką alfonsiną i organizowała tzw. escort girls dla arabskich szejków... Prowadziła agencję modelingową złożoną z samych ekskluzywnych prostytutek.
Głównie o kobietach pan mówi i to strasznie, z pogardą.
Nie, o facetach też. O słynnym organizatorze pokazów mody, geju, który gwałcił heteryków, o seksoholiku, gwiazdorze filmów akcji też mówię. Ten ostatni wyraził zainteresowanie wzięciem udziału w filmie light porno. Na jego szczęście nie doszło to do skutku. Z Liroyem to mieliśmy robić. Nie chciałem jednak w to inwestować. O słynnym tenisiście też mówię, dziewczynach, modelkach, które się wokół niego kręciły, o jego późniejszej żonie, która śmierdziała amfetaminą. O świecie alfonsów i luksusowych modelko-prostytutek. Kiedy jeździłem w 1998 r. na pokazy mody do Paryża, takie towarzystwo się tam przewijało. Te dziewczyny same mówiły, że są od słynnego tenisisty. To nie była żadna tajemnica. Bawiłem się w modę, organizowałem pokazy i oczywiście dalej ciągnąłem narkotyki. Było wspaniale. Miałem gdzieś, że ludzie ćpają, mnie interesowało, żeby kupowali, a że miałem najlepszy towar, to kupowali. Wszyscy kupowali.
Dzieciaki brały.
Dzieciakom nie sprzedawaliśmy.
Błagam.
Nie sprzedawaliśmy. Dzieciaków nie było stać na drogie narkotyki.
Narkotyzuje się pan?
Teraz nie. Kiedyś tak. Ale kiedy wziąłem dwie czy trzy krechy kokainy, to nie wychodziłem z domu, takie mnie łapały lęki. Jeszcze do niedawna paliłem marihuanę – pomagała mi przy depresji. Teraz czysty jestem. Ale robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Taką smrodliwą bombę mi tu do restauracji wrzucili. Takie coś, co się na dziki stosuje. Koncentrat ludzkiego potu, coś bardzo mocno stężonego. Wcześniej przez dziesięć lat był spokój, bo się nie ujawniałem. Robiłem legalne interesy. Kiedy wyszedłem z więzienia, nie miałem nic.
Restauracja, kancelaria prawna, firma deweloperska.
Mam talent do biznesów. Zaczynałem od zera. Nie miałem nic.
Nie pochował pan żadnych oszczędności, żadnych pieniędzy?
Zapłaciłem półtora miliona złotych w dwóch sprawach.
Wszystkie pieniądze nielegalnie zarobione.
Kiedy wyszedłem w 2008 r., wziąłem się za dachy. Siedziałem z takim ancymonkiem, który mnie wkręcił w budowlankę. Dach fabryki Wedla robiłem, dach TVP też. Nie, nie fizycznie. Firmę miałem i robiłem.
Ile pan zarabiał na narkotykach?
100 tys. dol. miesięcznie.
To są oficjalne dane dla sądu.
OK, zarabiałem więcej. Nie wiem dokładnie ile. Po weekendzie, kiedy pieniądze były zebrane od dilerów, nie miałem ich gdzie chować, były wszędzie, w szafach, szafkach, na półkach. W pewnym momencie miałem siedem samochodów. Chyba w 1996 r.
Miał pan wtedy 23 lata.
Ale już zbudowałem narkotykowe imperium.
Ile osób na pana pracowało?
Dilerów?
Tak.
W szczycie – kilkuset. Niektórzy miliony pozarabiali. Niektórzy mogli zarabiać więcej niż ja. Ja się przecież dzieliłem na pół z „Żabą”. I jeszcze „Kojber”, który był szefem, dostawał swoją część.
Pan ten świat, to gangsterskie życie gloryfikuje, wręcz zachęca pan młodych do tego, żeby kradli, popełniali przestępstwa, bo i kasa z tego dobra, i wszystko na wyciągnięcie ręki.
Szykuję trylogię. I jak opiszę więzienie, to, co się dzieje w polskich więzieniach, to im się odechce nawet myśleć o nieuczciwym życiu. Próbowałem się wieszać, zabijać. Wie pani, że w Polsce tortury są zakazane, a na Rakowieckiej torturowano.
Jak?
Jarzeniówkami. Trzy dni z rzędu siedzi pani w pomieszczeniu z włączonymi brzęczącymi świetlówkami. Zaręczam, że każdego to złamie, wykończy. Oszaleć można. Wyje się. Mózg wariuje.
Pan chce wzbudzić współczucie.
Nie. Ja mam postawę buntowniczą. Poszedłem na układ z organami ścigania nie dlatego, że mnie zmiękczyli, tylko dlatego, że chciałem, by było sprawiedliwie, żeby nie było tak, że moi ludzie pójdą siedzieć, a „Żaba”...
Pana szef.
Tak, bezpośredni. A „Żaba” będzie dzięki nim na wolności. Wolałem iść na układ.
Chciał pan być świadkiem koronnym, ale był pan za wysoko w mafijnej hierarchii.
Nie, chciałem dalej działać i ochronić swoich ludzi, więc współpracowałem z policją. Proszę pani, jak ja żyłem. Kiedy się ukrywałem, wydałem ponad 2 mln dol. A ukrywałem się w różnych miejscach, między innymi z kolegami z mafii sycylijskiej w Czarnogórze. Rozbijaliśmy się po kasynach. Stwierdziłem, że skoro i tak mnie złapią, to lecę po bandzie, raz się żyje. Ja jestem antropolog życia.
Teraz powinnam zapytać, co pan w sobie zagłuszał.
Niech pani zapyta.
Żartowałam. Wiem, że jako nastolatek już pan kradł samochody w Niemczech.
Ale jestem DDA, ojciec chlał i dalej chleje, a dla matki byłem raczej ciężarem niż wyczekiwanym dzieckiem, choć pochodzę z inteligenckiego domu, z tradycjami, z historią. No, ale depresja, na którą cierpię, nie wzięła się znikąd.
Ludzi pan wpędzał w uzależnienie od narkotyków, sam pan brał narkotyki, był pan przestępcą – może od tego ta depresja.
Lekarz mówi co innego. W „Żabie” i w tych starych pruszkowskich szukałem... Nie, inaczej – oni mną manipulowali, wiedzieli, że potrzebuję ciepła rodzinnego, i udawali, że mi to ciepło dają. Przecież „Żaba” mówił do mnie „synku”.
A nie „Chińczyk”?
Nie, to wymyślił „Kojber”, i to dużo później, jak poszedł na współpracę.
Po co?
Żeby było atrakcyjniej.
Czyli jednak coś pan mu zawdzięcza.
Opinia publiczna zna mnie pod tym pseudonimem. Dziennikarze ze mnie zrobili „Chińczyka”. Wcześniej byłem „Synkiem”, „Jamesem”, „Jąkatym”, bo jak pani słyszy, trochę się zacinam.
Ta blizna na twarzy to od czego?
Od psa jednej z moich dziewczyn. Miałem kiedyś taką fazę, że wyrywałem córki miliarderów. Na urok osobisty, bo pieniądze to one miały. Ale nie chcę się przechwalać.
Kilka razy pan chciał zmieniać swoje życie, przeżywał pan przemiany.
Ale się nie udawało. Teraz jest inaczej i trwa już prawie dziesięć lat. Kiedy w 2000 r. wyszedłem z więzienia, powiedziałem, że chcę mieć normalne życie, że nie chcę żadnych pieniędzy...
Przecież wtedy pan pojechał do Bułgarii, załatwiał przemyt heroiny.
Nie miałem siły się nawracać. Poza tym namówili mnie na kolejny przemyt. W Bułgarii „Żaba” prowadził restaurację przy polskiej ambasadzie – proszę sobie wyobrazić, co to za fantastyczny układ. Do Szwecji przemycałem heroinę z mecenasem Grzegorzem Stępniewskim, radnym, kandydatem na burmistrza Błonia, związanym ze środowiskiem Pawła Piskorskiego, a jak wiadomo, w tym środowisku są sami niespotykanie uczciwi ludzie.
Paweł Piskorski mówi, że pieniądze wygrał w kasynie.
W kasynie, proszę pani, się nie wygrywa. Mecenas Stępniewski w tym samym czasie, w którym przyznawał się do przemytu narkotyków, reklamował się na billboardach w Błoniu i okolicach jako kandydat na burmistrza. Potem bajerował, że jest agentem ABW, na szczęście dziennikarze się zorientowali. Odstawiłem go od przemytu. Jego i jego ludzi, którzy przemycali amfetaminę do Szwecji autobusami w specjalnych skrytkach. Wtedy też wymyśliłem – i to mój pomysł autorski, który po mnie przejęły grupy światowe – by amfę przewozić w butlach gazowych. Ale nie w pustych. Gaz w nich też był. Można było prześwietlać, bo amfy nie było widać.
Tantiemy pan z tego ma?
Nie, ale satysfakcję mam. Pamiętam, jak siedzieliśmy w Monte Carlo. Oglądam TV Polonię i widzę swoje mieszkanie, że mi obrazy ze ścian zdejmują. Ale ja to pani mówię, bo okazało się, że te moje Kossaki i Brandty były w części fałszywe. A że ja nie odpuszczam, to ten, kto mi je sprzedał, sporo za to zapłacił. Pojechałem do niego i mówię, że mam kupca, milionera z Kanady. Przebraliśmy takiego kumpla za milionera. Jak na „Misiu”. Mówię handlarzowi, że muszę zawieźć milionerowi obrazy, pokazać. Dałem mu zaliczkę i napakowałem tych obrazów do samochodu, ile wlezie. Z dwanaście czy trzynaście. Potem się okazało, że połowa to chała. Na szczęście policja oddała mi moje obrazy. Znalazłem milionera w Konstancinie – znawcę Kossaków. Zawiozłem, sprzedałem mu za 200 tys. zł, za jedną piątą ceny.
Umowę pan podpisał?
Na szczęście. Gdybym nie podpisał, to poszedłbym siedzieć. Bo ten kupiec, głupek, poszedł do Desy i chciał nimi handlować. W Desie go związali, aresztowali. A ja w umowie napisałem: nie gwarantuję autentyczności obrazów.
Krystalicznie uczciwy człowiek.
Chyba tylko dwa były oryginalne. Zgłębiłem ten rynek dzieł sztuki. Większość to fałszywki.
Kto się pana teraz najbardziej boi?
„Kojber”.
I na tym strachu pan zarobi.
To nie dla pieniędzy. Ostatnio udało mi się przeciągnąć na jasną stronę mocy „Szlacheta”, który do niedawna trzymał z „Kojbrem”.
Pan jest po jasnej?
A co, po ciemnej? Jestem współczesnym Kmicicem – mam temperament, dokonywałem złych rzeczy, ale teraz wszystko robię w imię zasad.
Żarty się pana trzymają.
Przecież nie dokonuję przestępstw, pomagam biednym, pomagam polskim domom dziecka na Ukrainie.
Którym konkretnie?
Moja kuzynka w to się zaangażowała. Ja dawałem hajs, ona kupowała potrzebne rzeczy i wysyłała na Ukrainę. Mam zaburzenia lękowo-depresyjne, ale włożyłem kij w mrowisko i już się nie cofnę.
Teraz się pan boi bardziej niż wtedy, w latach 90.?
Wtedy się w ogóle nie bałem, bo byłem chroniony przez Pruszków. Byłem bezkarny...
Gangsterem. Tak pan o sobie mówi?
Przemytnikiem bardziej, królem narkobiznesu, showmanem, artystą. Uciekałem do artystów, bo mafiosi to prostaki. Chlanie, żarcie, dziwki. Nie dawałem rady. Nie mogłem z nimi przebywać, nie wytrzymywałem.
Ci ludzie, celebryci, chwalili się mną, chcieli się pokazywać w moim towarzystwie. Nie wyglądałem jak gangster, jak mafioso, choć wszyscy wiedzieli, że jestem z mafii pruszkowskiej, że dowodzę narkobiznesem. Miałem sklep z ciuchami w Marriotcie. Ubierali się w nim celebryci. Większość to „nosy”. Wiem, że się boją, że będę teraz mówił nazwiska