- Jak się kończy kadencję, to człowiek chce się poddać weryfikacji wyborczej. I tak w 2015 r. zostałem posłem, a nasz prezes nie wszedł do Sejmu, ktoś musiał go zastąpić - przyznaje Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy w latach 2011–2015, od 2015 r. prezes PSL i poseł, lekarz, samorządowiec
Nie da się ze mną rozmawiać, nie mówiąc o Stronnictwie.
Ostrzegano mnie przed rozmową z panem.
Pewnie dlatego. A do klubów nie chadzam, nie mam czasu. Ale nie narzekam, gdybym się z tym źle czuł, zmieniłbym to...
Gdybym zostawił politykę i wrócił do szpitala, to pewnie miałbym poczucie, że mi jej brakuje. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, prawda?
No nie, nie siedziałbym sobie teraz u pana i nie udzielał wywiadu.
Ale mam też poczucie, że coś dobrego zrobiłem, coś dobrego polityce dałem.
Polityka to też jest życie. Nie demonizujmy jej.
Tylko że moje życie byłoby lepsze bez niej? Nie wiem. A może byłoby gorsze?
Hm, w polityce staram się im je ułatwiać.
No, owszem.
Siedem lat, od 2009 r.
(cisza) Nie wiem.
Nie wiem, przecież ludzie rozwodzą się, mieszkając cały czas ze sobą i nie mając żadnego związku z polityką.
Dwa lata po ślubie zostałem ministrem i wyjechałem do Warszawy. Do domu wracałem na weekendy i to oczywiście nie sprzyja budowaniu dobrego małżeństwa. Było trudniej.
(cisza) To bolesny temat. Bardzo chciałbym mieć dzieci, choć teraz po rozwodzie...
Bardzo trudno. I tak powiedziałem już zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek... W ogóle nie chciałem o tym rozmawiać z mediami, więc niech to będzie ten jedyny wyjątek. Nie jestem wylewnym człowiekiem, a to najbardziej osobista część mojego życia. I jeszcze jedno, przecież jest w tym moja była żona, której prywatność chcę uszanować. Ma prawo do swojego życia.
Wysyłamy grzecznościowe SMS-y.
Trudny czas.
Mówiłem panu, że nie mam czasu.
No wie pan, pięćdziesiąt dożynek w tym roku...
Żal, jasne, że żal. Tęsknię do niej i nie tracę z nią kontaktu.
Ale też robię to dla przyjemności, czas Światowych Dni Młodzieży i tydzień spędzony w fartuchu na Błoniach był najpiękniejszym czasem w 2016 r.
Poprzeczka rzeczywiście była zawieszona nisko, ale to był wspaniały czas.
Zaczęło się od dziadka Władysława, po którym dziedziczę imię.
No właśnie, dwa, bo dziadek urodził się jako Kosiniak, ale jego rodzice umarli, kiedy był dzieckiem. Wtedy przygarnęła go najstarsza siostra, która już po mężu nosiła nazwisko Kamysz.
Tak, był chłopem, uprawiał ziemię w Bieniaszowicach, niedaleko ujścia Dunajca do Wisły, koło Tarnowa. Piękne, nizinne tereny, żyzne gleby, porządni, dobrzy ludzie.
Oczywiście, że pobożni. Na działce, której jestem właścicielem, na ojcowiźnie, mam figurę Serca Pana Jezusa z 1898 r., którą ufundowali Franciszek i Maria, moi prapradziadkowie. Co roku, w ostatnią niedzielę czerwca, jest odprawiana msza święta, mamy spotkanie całej, jak najszerszej rodziny z całego świata, na które przychodzą też wszyscy mieszkańcy Bieniaszowic. I nie ma tam żadnego cateringu, każdy przynosi, co może, upieczony przez siebie chleb, zrobioną sałatkę, ciasta. Tydzień wcześniej we wsi zabija się świniaka i wędzi kiełbasy i szynki. To jest moja tożsamość, to jest moje dziedzictwo.
Tak, moja ciocia i matka chrzestna Apolonia jest emerytowaną nauczycielką. Najstarszy syn, Kazimierz, jest profesorem weterynarii. Był rektorem Akademii Rolniczej, zajmuje się naukowo hodowlą koni. Stryj nie należał do PSL.
Ale nigdy nie poszedł w politykę tak mocno jak ja, nigdy nie zerwał z zawodem na tak długo. Tego mu zazdroszczę. Przed wejściem do polityki był lekarzem, jest nim nadal. I jest jeszcze najmłodszy z braci, Zenon, dyplomata.
A teraz jest ambasadorem w Singapurze.
Koszmarna historia. To był 9 sierpnia 2010 r., stryj był wtedy ambasadorem w Kanadzie, a do Polski na wakacje przyjechały jego dzieci, moi kuzyni: Michał miał 20 lat, a Marysia 16, jechali samochodem do Krynicy z kuzynką Sylvią, wypadek, zginęli na miejscu. Miałem dyżur w szpitalu, gdy się o tym dowiedziałem. Potem odbierałem stryja z lotniska... Wie pan, po tym pogrzebie już żaden nie robi na mnie wrażenia. To był największy koszmar, jaki przeżyłem.
Dzieci już nie mogą mieć, ale założyli fundację, daje stypendia dzieciakom z naszych rodzinnych stron, jednego wzięli pod szczególną opiekę.
Jak się dorasta w takim domu, to tak się musi skończyć. Codziennie słyszałem w domu i o medycynie, i o polityce.
Powiedzmy, że zostałem wzbogacony i medycyną, i ruchem ludowym.
Mama jest stomatologiem, ojciec lekarzem, który życie poświęcił pacjentom. Od świtu do nocy, zawsze, o każdej porze był dla nich. Do dziś jak do niego dzwonią, to przerwie każdą rozmowę, każde spotkanie ze mną czy rodziną i będzie z nimi konferował. Oni są zawsze, naprawdę zawsze, na pierwszym miejscu. To niespotykane, ale tak było.
Bo podziwiam to przywiązanie do ludzi, z którymi się pracuje, do chorych. Medycyna była u nas obecna zawsze. Jako dziecko jeździłem z ojcem do szpitala, widziałem to na co dzień. Zresztą tata jest aktywny do dziś, ma 70 lat i jest dyrektorem Szpitala im. Dietla w Krakowie.
Bardzo, bardzo daleka rodzina, tak daleka, że nigdy nie utrzymywaliśmy żadnych relacji.
Wychowałem się na typowym osiedlu pełnym bloków w Łagiewnikach, niedaleko sanktuarium, często tam chodziłem.
A jaki miałem być?
Za to byłem ministrantem i chodziłem na oazę. A w ogóle, to chodziłem do tego samego liceum co prezydent. Notabene, kiedy ja tam chodziłem, to niemieckiego zaczynała uczyć pani Agata Kornhauser-Duda.
Nie, ja byłem w klasie z rosyjskim.
Dużo rozumiem.
Jak to? Zdawałem maturę, brałem udział w konkursie recytatorskim z rosyjskiego, „Oniegina” recytowałem. Do dziś pamiętam...
(Władysław Kosiniak-Kamysz deklamuje „Eugeniusza Oniegina”)
Skądże, mam siostrę.
Tylko, że moja jest sześć lat starsza. Przez długi czas myślałem, że to ona pójdzie na medycynę, ale wygrała olimpiadę historyczną i miała wolny wstęp na prawo. Siostra się wyzwoliła.
O, przepraszam, to siostra była ukochaną córeczką tatusia.
Skąd, w II klasie liceum wybrałem biol-chem i tak to poszło. Stamtąd już prosto na medycynę.
Tak. Nie będę panu wciskał, że marzyłem o tym od dzieciństwa, że to była moja największa pasja, bo nie. To nie było oczywiste, ale z każdym rokiem czułem się w niej lepiej i tak było na studiach, jak i później w pracy w szpitalu. To wszystko we mnie dojrzewało, trafiłem na fajnych ludzi, dobrze się z nimi pracowało.
Odpowiedzialność za życie ludzi. Jasne, kiedy byłem ministrem, w jakimś stopniu odpowiadałem za pomyślność milionów Polaków, a tutaj tylko kilkadziesiąt osób.
Właśnie. Pamiętam pierwszy nocny dyżur. Jestem sam na oddziale i wiem, że to od moich decyzji może zależeć czyjeś życie. Tu nie mam 40 mln Polaków, tylko konkretnego pacjenta, on ma imię i nazwisko, wiek, twarz, ma rodzinę, widzę jego i ich cierpienie oraz nadzieję. Wszystko splecione razem i wiem, że nie mogę się pomylić. Pamiętam naprawdę koszmarne dyżury, sytuacje bardzo trudne. Byłem na internie, to często były stany zagrożenia życia, nagłe przypadki, reanimacje. Nie zawsze skuteczne.
Każdemu lekarzowi umarł kiedyś pacjent. To zawsze strasznie trudne, wymaga od człowieka pokory, by przyjąć to, co się stało. A potem trudna rozmowa z rodziną, często niezwykle bolesna. Czasami na dyżurach dochodziło do dziwnych, szokujących sytuacji.
Pracowałem w szpitalu w centrum Krakowa, na drodze między Rynkiem a miasteczkiem studenckim. Nocami było słychać za oknem tupot dziewczyn idących w szpilkach. Którejś z tych nocy dzwoni do mnie koleżanka z izby przyjęć i prosi, bym natychmiast zszedł. Przywieźli dziewczynę, licealistkę, po dopalaczach. I tej nastolatki nie mogliśmy utrzymać. Czterech facetów, prócz mnie było dwóch stażystów i ochroniarz, ledwo dawaliśmy radę. To wyglądało jak opętanie.
Trochę tak, bo to, co mówiła, co robiła, to było naprawdę bardzo trudne doświadczenie. Efekt dopalaczy jest koszmarny. I takich przypadków było trochę, ale to też jest prawdziwe życie i za nim tęsknię.
Tęsknię do sytuacji, w których podejmuję decyzje przynoszące efekt w minutę. Jak wiesz, co się z pacjentem dzieje, i dobrze podasz lek, to reakcja, ulga, może przyjść niemal natychmiast. Nie ma większego szczęścia, niż gdy to zadziała, gdy się tego człowieka ratuje.
Bo to była i jest moja pasja, moje życie.
W 2010 r. Chce pan usłyszeć tytuł pracy doktorskiej?
„Związek zmienności genu kodującego cyklohydrolazę GTP z funkcją śródbłonka naczyniowego u chorych na cukrzycę typu drugiego”.
Rozwiałem wątpliwości?
Nie da się tak odpowiedzieć.
Nie, jest wpływ, jest korelacja. Rok po doktoracie byłem już ministrem, a mogłem być wcześniej.
W 2007 r. zadzwonił do mnie Waldemar Pawlak i zaproponował, bym został ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Byłem zaraz po studiach, jeszcze przed lekarskim egzaminem państwowym. Miałem 26 lat, byłbym najmłodszym ministrem, ale nie zrobiłbym doktoratu.
Wtedy, w 2007 r., byłem przekonany, że dokonałem ostatecznego wyboru, że ta propozycja się nie powtórzy, a tu pojawia się drugi raz. Grzech byłoby odmówić.
Bo jednak polityka też była moją pasją.
Jako dziecko, młody chłopak, jeździłem z ojcem na uroczystości ludowe, Zaduszki Witosowe, dożynki, i przyszedł 2000 r., koniec liceum, kampania prezydencka Jarosława Kalinowskiego. Ojciec spytał mnie, poprosił – i kluczowe jest tu słowo „poprosił” – czy nie poszedłbym na spotkanie młodych ludzi.
Z których dziś wielu jest całkowicie poza polityką, ale pozostają moimi przyjaciółmi. Oczywiście robiliśmy kampanię, ale poza tym były ogniska, wyjazdy, kursy tańca, program telewizyjny „Młodzież kontra...”. To było przeżycie – pójść do telewizji i zadawać pytania, to mnie wiele nauczyło.
Chciałem być w wielkiej polityce, spróbować tego.
Wtedy tak nie myślałem. Przecież nie wiedziałem, ile to potrwa, rządy w Polsce trwały po kilka, kilkanaście miesięcy. Wtedy mógłbym spokojnie wrócić do Krakowa, do szpitala.
Naturalne jest, że jak się kończy kadencję, to człowiek chce się poddać weryfikacji wyborczej. I tak w 2015 r. zostałem posłem, a nasz prezes nie wszedł do Sejmu, ktoś musiał go zastąpić. A że PSL ma długą tradycję stawiania w ciężkich czasach na młodych, bo i Pawlak, i Kalinowski byli trzydziestolatkami, to padło na mnie. To było wyzwanie.
Gdybym nie został szefem partii, byłbym posłem niezawodowym, pracowałbym nadal w szpitalu. Ale wyszło, jak wyszło...
Nie uwierzy pan, ale nie, raczej wielkie poczucie odpowiedzialności, obowiązku.
Ja też jestem pobożny. Wiara jest dla mnie bardzo ważną częścią życia. Nie ukrywam nie tylko tego, że byłem w oazie, byłem ministrantem i lektorem, ale również nie ukrywam swojego światopoglądu.
Na przykład jestem zwolennikiem utrzymania tej ustawy aborcyjnej jaka jest, bo nic lepszego nie wymyślimy.
I tej bym zakazał. Dziś aborcja jest dozwolona w trzech przypadkach, gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa, gdy zagrożone jest zdrowie kobiety, no i gdy dziecko jest kalekie. Ten ostatni powód bym usunął.
Nie jestem ich zwolennikiem. Szanuję zapis w konstytucji o ochronie małżeństwa. Jasne, jeśli tylko można pomóc ludziom, by byli szczęśliwsi, to trzeba to zrobić, ale do tego nie trzeba wprowadzać związków partnerskich.
Po co taka ustawa? Nie wystarczy życzliwość i chęć pomocy?
Konserwatywny? Nie wiem, czy to najlepsze słowo.
Jestem jaki jestem, nie będę udawał, że jestem kimś innym.
Rozpoczął się proces beatyfikacyjny cioci Stefanii Łąckiej. To kuzynka dziadka, przed wojną była redaktorką diecezjalnego pisma „Nasza Sprawa”, którego redakcja mieściła się w tym samym budynku, w którym mam biuro poselskie. Ciocia w czasie wojny została aresztowana, trafiła do Birkenau, gdzie spędziła całą wojnę. Chrzciła tam dzieci, organizowała pomoc charytatywną, życie religijne i patriotyczne. Obchodzili w obozie w Brzezince święta narodowe, wpinając biało-czerwone nitki do pasiaka.
Tak. I odnalazła narzeczonego, który w czasie wojny ożenił się z inną. Jak dowiedział się, że ciocia przeżyła, chciał zostawić żonę i związać się z nią, ale ciocia na to nie pozwoliła. Zmarła kilka miesięcy później z wycieńczenia i choroby poobozowej.
A co chciałby pan wiedzieć?
Czytam, ale autora, do którego zabronił mi się pan przyznawać.
W wakacje czytałem „Katedrę w Barcelonie” Ildefonso Falconesa, dobre. No i czytam pamiętniki Witosa.
Ale wie pan, jakie tam są aktualne myśli?
Pani Ola.
No, panie redaktorze? Byłem ministrem pracy i pomyślałem, że jeśli ktoś ma ludzi legalnie zatrudniać, to jednak ja. Przychodzi raz na dwa tygodnie.
Mam 47 koszul. Może nie takie fajne jak pańskie, głównie białe i błękitne. No i kilka garniturów. Gdybym mógł, nie chodziłbym w garniturze.
Znowu wracamy do początku.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu