Piekarnia bierze na próbę kobiety z Ukrainy: jak się sprawdzicie, będzie robota. Po 12-godzinnej zmianie dziękują im. Nie sprawdziły się panie, niestety, do widzenia. Oczywiście nie ma mowy o zapłacie. Na ich miejsce czekają następne, też pełne nadziei.
Reklama
Przyjeżdżają nad Wisłę, aby polepszyć życie swoje i swoich dzieci. Jedni zarabiają i wracają, budują domy w rodzinnych miasteczkach, zakładają firmy. Inni wiją gniazda w Polsce. Część rusza dalej, na Zachód. Ale spośród miliona (albo 800 tys., jak podają inne źródła) obywateli Ukrainy, którzy zatrzymali się w naszym kraju, są też tacy, którzy stali się ofiarami grup przestępczych. Albo nieuczciwych przedsiębiorców.

Reklama
Ilu ich jest? Nie mam pojęcia. To ciemna liczba. Podobnie jak ciężka jest zasłona milczenia, które ukrywa ten problem. Bo, jak by nie patrzeć, wstyd. Nam, że niektórzy z rodaków to zwyczajna, pardon, swołocz. Im, że wyszli na durni, że zamiast pieniędzy nażarli się upokorzenia, zamiast do restauracji trafili do burdelu albo sortowni śmieci.
Galinie jest wstyd
Czarnowłosa, czarnobrewa, mlecznolica. Galina – tak ją nazwijmy, choć faktycznie ma na imię inaczej – ze swoim kompletem perłowych zębów, wydatnym biustem i nieposkromioną energią mogłaby robić za modelkę do portretu przedstawiającego archetyp młodej Ukrainki. Nie, to nie jest ciemna dziewucha z głębokiej prowincji tylko światła, dobrze wykształcona młoda kobieta, wykonuje wolny zawód, w swoim środowisku zawodowym na Ukrainie cieszy się prestiżem. Matka samotnie wychowująca pięcioro dzieci. Ich ojciec pił, więc go przepędziła. Kiedy opowiadała mi swoją historię, raz po raz czerwieniała ze wstydu: że taka głupia i naiwna, powinna się wykazać większą bystrością. O wyjeździe za pracą do Polski myślała od dawna, trudno jej było utrzymać swoją czeredkę, zwłaszcza że syn ma wadę serca – wiadomo, choroba kosztuje. A tam u niej w państwowych szpitalach trzeba zupełnie prywatnie, najlepiej w dolarach lub euro, płacić za wszystko. Zaczęła się rozglądać, wertować ogłoszenia. Odpowiadać na anonsy w internecie. Nawiązała kontakt z pośrednikiem, wielu ich działa nad Dnieprem. Jurij wydał się jej kompetentny i profesjonalny.
– Był świetnym psychologiem – uważa. Zaproponował jej pracę w agencji zajmującej się polsko-ukraińską współpracą gospodarczą i kulturalną. Miała tam, jako samodzielny specjalista, zajmować się pisaniem (po polsku i ukraińsku) tekstów na stronę internetową. I prowadzić korespondencję. Pensja 4 tys. zł. Rozmawiała przez telefon ze swoim przyszłym pracodawcą – potwierdził wszystko. Zamknęła sprawy zawodowe na Ukrainie, wywiozła dzieci do mamy, wsiadła w pociąg. Przyjechała do Warszawy dzień wcześniej, bo miała się gdzie zatrzymać, dzwoni pod wskazany numer: jestem. To, co powinno ją zaalarmować, to fakt, że polski pracodawca chciał, aby spotkała się z nim na stacji benzynowej przy trasie łódzkiej. Odmówiła: proszę podać mi adres firmy, dojadę. Usłyszała, że trudno tam trafić, że sam ją zawiezie. A konkretnie pośle po nią samochód z kierowcą. – Podczas jazdy miałam wrażenie, że kluczymy, że kilkakrotnie przejeżdżamy przez te same punkty – wspomina. Już się ściemniało, kiedy auto podjechało pod budynki stojące niemal w lesie, prowadziła do nich bita droga wśród drzew.
Wysoki parkan, z zewnątrz nie widać, co się dzieje w środku. Okazało się, że to zakład piekarsko-cukierniczy. Załoga to wyłącznie Ukrainki, w różnym wieku, ale – jak się potem dowiedziała – łączyło je to, że same utrzymują swoje dzieci i są bardzo zmotywowane, by nie rzec – zdesperowane. Dwadzieścia parę kobiet, wszystkie zakwaterowano w hali pozastawianej piętrowymi łóżkami. Praca od rana do nocy, z krótką przerwą na sen. Obsługa maszyn, sprzątanie, pakowanie towaru... – Uratowało mnie to, że nie miałam przy sobie dokumentów, zostawiłam u przyjaciół w Warszawie, więc nie mieli mi czego odebrać – opowiada Galina. Na dzień dobry Polka, która przedstawiła się jako właścicielka tego interesu, poinformowała ją, że przez pierwszy miesiąc będzie pracowała na to, żeby odrobić koszty, jakie ta niby poniosła, sprowadzając ją do Polski. Przez drugi miała odpracowywać koszty zakwaterowania. Przez trzeci – wyżywienia. – Spytałam ją, kiedy zacznę zarabiać dla siebie, wtedy zaczęła na mnie krzyczeć, a ochroniarz, który towarzyszył tej rozmowie, zdzielił mnie pałką przez plecy – wspomina.
Próbowała zrobić bunt na pokładzie, namówić swoje koleżanki niedoli, żeby się postawiły, powiedziały, że nie będą pracować w takich warunkach i na takich zasadach. Przecież tego jednego ochroniarza, który ich pilnował, rozerwałyby na strzępy. Ale one były zastraszone, nie chciały z nią rozmawiać. – Ciiii – przykładały palec do warg. – Nie trzeba tak mówić, popracujemy, zarobimy, lepiej się nie narażać.
Galina zwiała stamtąd po 10 dniach. Wywiózł ją kierowca, który odbierał towar. Nie miał pojęcia, co się tam dzieje, ona go nie wtajemniczała, przekonała, że musi jechać na pogrzeb babci. Była zaryczana, więc uwierzył. Nie, nie jest w stanie wskazać miejsca, gdzie ten obóz pracy się znajdował. Nie było tam żadnych tablic z nazwą zakładu, a ona wyjeżdżając stamtąd, trzymała głowę niemal na podłodze, pod pretekstem szukania telefonu, który jej wypadł – żeby ochroniarz jej nie zauważył. Była szczęśliwa, że się stamtąd wyrwała. Nie złożyła oficjalnego zawiadomienia na policji. Boi się. Nie tyle o siebie, ile o dzieci, które zostały na Ukrainie. Bo teraz wie, że to mafia tym kręci. Rozmawiała nieoficjalnie z policjantem, opowiedziała mu o swoich perypetiach. Ja także rozmawiałam z owym oficerem – kilka miesięcy temu, kiedy namówiłam Galinę, żeby mu zaufała. I kilka dni temu, kiedy siadałam do napisania tego tekstu. Powiedział, że nie udało się odnaleźć tego zakładu. Że namawiał Galinę, aby pojechała z nim w teren, złożyła oficjalne zeznania, ale się nie zgodziła. Jak nie ma zgłoszenia, nie ma sprawy. On już się nie zajmuje tą działką. Nic więcej mi nie powie.
Skontaktowałam się z biurem prasowym Komendy Głównej Policji. Pytałam, ile mają podobnych spraw – noszących znamiona handlu ludźmi, pracy niewolniczej. Czy zajmują się kwestiami oszukiwania obywateli Ukrainy przez nieuczciwych pośredników czy firmy. Usłyszałam, że w ostatnich 12 miesiącach policja nie prowadziła ani jednej takiej sprawy.
Uprzedzam jednak tych, którzy chcieliby zakrzyknąć gromkim głosem, że policja, jak zwykle, lekceważy problem. Po prostu: do niej tego typu sprawy nie trafiają. Co innego, tłumaczy jeden z funkcjonariuszy, jeśli Ukrainiec zostanie okradziony (albo kogoś okradnie), ktoś go pobije (albo sam komuś da w mordę). Tego typu przypadki lądują w jednym statystycznym worku i nie ma znaczenia, czy ofiara lub sprawca przyjechali z Kijowa, Lwowa czy Dortmundu. Więc statystyki policyjne niczego nam nie powiedzą. Mówią za to ludzie i ich historie.
Dzieci Andrieja będą jeść pomarańcze
Jak ta, którą opowiada Andriej. Przyjechał tu z grupą kolegów, budowlańców. Pracowali dla polskiego przedsiębiorcy, który był podwykonawcą pewnej amerykańskiej firmy. Praca po 10–12 godzin dziennie, spanie w hostelu prowadzonym przez Białorusina. Dostali na dzień dobry po 200 zł zaliczki. Robota miała być wykonana przed świętami Bożego Narodzenia, które – już zarobieni – mieli spędzić z rodzinami. Ale szef nagle znikł. Przestał odbierać telefon. Pieniędzy nie było. Jedzenia nie było. Właściciel hostelu upominał się o zapłatę.
O Andrieju i jego kolegach dowiedziałam się od znajomego przedsiębiorcy, który prowadzi portal PracaDlaUkrainy.pl. – Był 24 grudnia, Wigilia, na którą do mojej rodziny przyjechała zaprzyjaźniona Ukrainka. Rozmawialiśmy przed moim blokiem, kiedy podszedł do nas mężczyzna – pewnie zwabiony dźwiękiem ojczystej mowy. Zapytał, czy nie mielibyśmy jakiejś pracy dla niego i kompanów, bo pilnie jej potrzebują – opowiada Daniel Dziewit. Ruszyła błyskawiczna akcja ratunkowa, Andriej i ekipa zostali zaprowiantowani – nie groziła im już śmierć głodowa. Ogłoszenia na portalu i jego facebookowej stronie sprawiły, że mężczyźni szybko dostali pracę – legalną. Choć nie wszyscy. – Została nas w Polsce dziesiątka, reszta miała dość, wróciła do swoich – mówi mi Andriej. Nie ma pretensji do Polaków jako takich, bo przecież to Polacy pomogli mu, jak był w potrzebie, tylko do nieuczciwego przedsiębiorcy Krzysztofa W., który nie tylko nie zapłacił swoim pracownikom, ale również – jak się okazało – nie zalegalizował ich pobytu w Polsce. Szukaliśmy go zresztą: w KRS jego firma funkcjonuje, Special Construction sp. z oo. – jej adres to zrujnowana chałupa w podgliwickiej wsi Niewiesze. Nie ma z nim kontaktu. Pytam Andrieja, czy zgłosili swój problem polskim służbom. Mówi, że dzwonili na policję, przyjechała, to było jeszcze przed świętami. Funkcjonariuszom udało się skontaktować telefonicznie z W., powiedział, że ma kłopoty finansowe, ale zapłaci. Nie, nie zapłacił do dziś. To kwota jakichś 27 tys. zł dla wszystkich. Ale nie składali zeznań na protokół, Andriej nie wie, co się dalej dzieje z tą sprawą, machnął ręką. Ważne, że ma robotę, dzieciaki będą miały chleb i pomarańcze.
Przestępcy mają się dobrze
Kiedy rozmawiam o problemie oszukiwanych Ukraińców z przedstawicielami instytucji państwowych, które mają – na różnych płaszczyznach – pilnować tego, aby napływ, pobyt, zatrudnianie naszych sąsiadów zza wschodniej granicy odbywały się zgodnie z prawem i na cywilizowanych zasadach, zwracają mi uwagę na istotną rzecz: gros Ukraińców dostaje polską wizę na podstawie sfałszowanych dokumentów. Działa to tak: pośrednicy po ukraińskiej stronie szukają chętnych do pracy w Polsce, biorąc od nich za załatwienie pozwolenia, wizy i roboty średnio 200–600 euro. Ich wspólnicy po polskiej stronie przygotowują stosowne dokumenty. Czy to fałszując oświadczenia o chęci zatrudnienia cudzoziemca istniejącej, działającej legalnie firmy, czy to zakładając firmę widmo na słupa. W pierwszym przypadku niezbędną zgodę z urzędu pracy także się fałszuje (to nie problem podrobić pieczątkę). W drugim – można ją wyłudzić. Firma jest zarejestrowana w KRS-ie, uzasadnienie, dlaczego pracy nie mogą podjąć obywatele polscy, brzmi rozsądnie, więc urzędnik przybija stempel, można się starać o wizę.
Rafał Pasik z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Warszawie podpowiada, aby przyjrzeć się setkom firm, które jako miejsce swojej siedziby podają adresy wirtualnych biur. PIP we współpracy ze Strażą Graniczną i urzędami pracy szybko wpadają na trop takich przedsięwzięć, które powstały tylko po to, żeby – za kasę – wystawiać oświadczenia o zatrudnieniu. Zgłaszają je do odpowiedniej komórki Ministerstwa Rozwoju, zaczyna się procedura poszukiwania ich właścicieli, prawo pozwala na wykreślenie takich „biznesów” z rejestru – ale to wszystko trwa. W sieci te firmy widma nadal funkcjonują. To przypomina próbę zatamowania krwawienia z tętnicy palcem.
Jak opowiada naczelnik wydziału operacyjnego Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej, przestępcy są sprytni. Fałszując oświadczenia i zezwolenia, umieszczają na takich dokumentach numery telefonów, które odbierają ich ludzie. Stawiają w internecie strony nieistniejących w rzeczywistości firm. Więc nawet jeśli taki pracownik z Ukrainy chce sprawdzić – tak jak Galina – czy jest dla niego robota, słyszy: oczywiście, zapraszamy. To samo usłyszy funkcjonariusz SG. Kiedy sprawa się wyda, a wydaje szybko – zakłada się nową firmę. I kolejną.
Zorganizowana grupa wystawia kilkadziesiąt tysięcy oświadczeń o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca rocznie. Co nie znaczy, że tylu ich wjeżdża (Straż Graniczna odsyła do domu osoby, co do których wiz i zezwoleń na pracę są uzasadnione wątpliwości), ale to, że płacą bandytom. Załóżmy, że wystawianiem lewych papierów zajmuje się niewielka, trzyosobowa grupka (pośrednik na Ukrainie i dwie osoby w Polsce), której „przerób” wynosi 40 kompletów zaproszeń miesięcznie, każde po 400 euro. Wychodzi 64 tys. zł miesięcznie, podzielone przez trzy daje ponad 21 tys. zł. Dyrektorska pensja.
Smutne historie zdesperowanych ludzi
W zasadzie trudno o Ukraińca, który jest w Polsce od kilku miesięcy, aby nie miał do opowiedzenia jakiejś smutnej, mniej lub bardziej bulwersującej historii. Tania (po czterdziestce) dostała pracę pod Łodzią, miała pakować wędliny dla sklepów. Okazało się, że ma rozbierać mięso – tzn. kroić na kawałki martwe świnie. Przepracowała 3 tygodnie, przemęczona straciła przytomność w pracy. Oprócz tego wysiadł jej kręgosłup. Szybko ją wywieźli z zakładów, zostawili na kwaterze, zakazali się pokazywać w fabryce. Nie zapłacili, oczywiście. Nie poskarżyła się, bo komu.
Ołeksandr był na Ukrainie policjantem. Nie chciał brać łapówek, wolał ciężko pracować w Polsce. Został zwerbowany do pracy w firmie, która – tak mu powiedziano – zajmuje się sortowaniem plastikowych elementów. W praktyce okazało się, że mężczyzna wylądował na wysypisku śmieci, gdzie bez ubrania ochronnego, bez rękawic, miał przerzucać odpady.
Lena przyjechała do Łodzi razem z koleżanką, podczas wakacji w 2015 r. miały pracować w barze w galerii handlowej. Umowa była taka: 10 godzin pracy dziennie, 12 zł za godzinę, jeden dzień w tygodniu wolny. Praca legalna. Faktycznie pracowały po 12 godzin (lokal trzeba przygotować do otwarcia i zamknięcia, posprzątać), dostały po 150 zł zaliczki, wypłata miała być „potem”. Kiedy po pięciu tygodniach harówki, bez dnia odpoczynku, dziewczyna poszła do szefa poprosić o pieniądze i dzień wolnego, usłyszała, że ma się więcej nie pokazywać mu na oczy.
Jej koleżanka dostała od właściciela inną propozycję: może liczyć na całe 700 zł pod warunkiem, że będzie mu świadczyć usługi seksualne. Dziewczyny liczyły na kwotę 5 tys. zł każda – tyle wychodziło z harmonogramu skrzętnie zliczanych godzin. Lena jest już w domu, mama przysłała jej pieniądze na podróż. Jej koleżanka nadal pracuje w tym samym barze. Do dziś miała wszystkiego siedem dni wolnych. O jej stosunki z szefem nikt nie śmie pytać.
Dima pracował w firmie budowlanej, był zadowolony z warunków – pracodawca dawał zakwaterowanie, dowóz na miejsce pracy, stawkę 16 zł za godzinę. Praca – co nie takie częste – była legalna. W dodatku pracowników dowoził na budowę autobus podstawiany przez zaprzyjaźnionego z właścicielem firmy przedsiębiorcę. Dima opowiada, że wszystko było super, do przedostatniego dnia pracy – bus zepsuł się w drodze na budowę. Rozkraczył na poboczu i koniec. Zanim robotnicy dotarli na miejsce, było ponad dwie godziny po czasie. I w związku z tym spóźnieniem stracili cały zarobek – kara, zawarta w umowie, którą podpisali z agencją pośredniczącą w ich zatrudnieniu – 5 tys. zł – zjadła ich wypłatę. Ba, jeszcze mają dług wobec pracodawcy w wysokości 1 tys. zł. Podejrzewają, ale nie mają na to dowodów, że jest to „ustawka”. Od swoich rodaków słyszeli, że autobus „psuje się” za każdym razem, kiedy kolejna ekipa kończy swój kontrakt.
Umowa była
O problemie skrajnie niekorzystnych dla pracowników z Ukrainy umów, obwarowanych restrykcyjnymi karami, na granicy prawa, pisaliśmy we wczorajszym wydaniu DGP. Kilka przykładów: Umowa może być wypowiedziana przez pracownika z 3-miesięcznym wyprzedzeniem. Za jego niedotrzymanie zatrudnionemu grozi kara w wysokości 1 tys. zł dziennie. Zatrudniająca go firma może za to rozwiązać umowę z dnia na dzień bez uprzedzenia.
Pracownik jest zobowiązany do bezwzględnego zachowania w tajemnicy wszelkich informacji dotyczących usługodawcy i jego kontrahentów – pod rygorem zapłacenia umownej kwoty w wysokości 5 tys. zł. To oznacza, że nawet jeśli pracownik powie komuś, że pracuje w firmie X, może zostać ukarany. Większość tych umów stanowią nie te o pracę, ale cywilnoprawne – od których pracodawca nie odprowadza żadnych składek. Jedna z nich, w której posiadaniu jesteśmy, opiewająca na 2,1 tys. zł brutto (niewiele ponad 1,5 tys. zł na rękę) stanowi, że wszelkie koszty ubezpieczeń czy nawet przelewów bankowych obciążają pracownika. Do tego w umowie jest kilka zapisów, które pozwalają w praktyce tę sumę zmniejszyć do zera.
Jednak nie zawsze jest tak, że autorami tych bulwersujących umów są nasi pracodawcy.
Daniel Dziewit (właściciel portalu PracaDlaUkrainy.pl) opowiada o przypadku, kiedy zwrócił się do niego właściciel firmy budowlanej zatrudniający ukraińskich specjalistów za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej z woj. lubelskiego, która zapewniła mu ekipę mającą wystawić osiedle domków jednorodzinnych. Po pierwszej wypłacie zrobiła się awantura, bo okazało się, iż pracownicy znad Dniepru, choć przepracowali ponad 190 godzin w miesiącu, dostali – zamiast 3 tys. zł – niewiele ponad tysiąc złotych na głowę. – Ten przedsiębiorca płacił 15 zł za godzinę, ale nie swoim pracownikom, tylko agencji – relacjonuje Dziewit. A ta brała ponad połowę ich wynagrodzenia, swoje też zabierał ZUS, bo praca była legalna. Do niczego nie można się było doczepić, tyle że etyczna strona tego układu stała pod znakiem zapytania. Bulwersujący był także jeden z punktów umowy, którą Ukraińcy zawarli z agencją. Stanowił on, że jeśli zerwą kontrakt przed półrocznym okresem jej trwania, będą musieli zapłacić agencji karę w wysokości 3 tys. zł. – Mam wrażenie, że na pracownikach z Ukrainy można dziś zrobić lepszy interes niż na narkotykach. W dodatku nic za to nie grozi – ironizuje Dziewit.
Przepisy sobie, życie sobie
Podporucznik Marcin Romanowicz z Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej zauważa, że w tych smutnych opowieściach o skrzywdzonych braciach znad Dniepru jest jeden szkopuł: większość z nich wie, że wjeżdża do Polski na lewych papierach. Kupują je od przygodnie poznanych pośredników, godząc się tym samym, że uczestniczą w czymś – nazwijmy to łagodnie – podejrzanym. Jego kolega z wydziału operacyjnego dodaje, że dotyczy to przynajmniej 80 proc. osób, które przekraczają ukraińsko-polską granicę, tak przynajmniej wynika z jego doświadczenia. Chcą za wszelką cenę się dostać do strefy Schengen, traktując Polskę jako przystanek po drodze do lepszych krajów UE. A nawet jeśli zamierzają się zatrzymać u nas na dłużej, to idą na skróty.
Myślą: jak już będę w Warszawie, Łodzi, Przemyślu, to jakaś robota się znajdzie. A potem, kiedy już wiedzą, że stali się ofiarami nieuczciwych ludzi, boją się konsekwencji, więc milczą. Nie skarżą się. Jak opowiada inspektor PIP, mają świadomość, że skarga może wpędzić ich w jeszcze większe kłopoty: będą musieli opuścić Polskę, a w dodatku zostanie na nich nałożona grzywna – tysiąc złotych. Więc siedzą cicho, mają nadzieję, że podłapią lepszą pracę, jakoś się odkują. Ta sama ustawa, o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, przewiduje wprawdzie także kary dla nieuczciwych przedsiębiorców – za nielegalne zatrudnianie co najmniej 3 tys. zł grzywny, za wykorzystanie zależności służbowej w celu skłonienia go do nielegalnej pracy – 10 tys. zł, za wprowadzenie w błąd innej osoby co do statusu cudzoziemskiego pracownika – 10 tys. zł – ale Olha, Ołeksandr, Mykoła mają te nasze przepisy w poważaniu. Dla nich są pustymi formułkami. A jeśli coś znaczą, to tylko to, że zostaną pośpiesznie odstawieni do domu. Wrócą na tarczy, bez pieniędzy, we wstydzie jako ci, którym się nie udało.
Olha, która żadnej pracy się nie boi, blondynka po czterdziestce, energiczna, oczytana, rozpolitykowana („Niech żyje Ukraina”, „Śmierć Putinowi”, „Polska to przyjaciel”), urocza szczerba pomiędzy jedynkami, niespożyta energia do gadania i pracy, przyznaje: kupiła papiery na wjazd do Polski. Za 600 dol. od znajomego rodziców z jej rodzinnej miejscowości. – Bo to jest tak, pani Mira – tłumaczy – że my żadnym urzędom na Ukrainie nie wierzymy. Co swój, to swój. A że oszuka? Takie jest życie.
Ten znajomy obiecywał, że za swoje pieniądze dostanie nie tylko wizę, lecz także dobrze płatną robotę w Warszawie. Przyjechała na Wschodni, mieli na nią czekać ludzie z firmy cateringowej, ale nikt się nie zjawił. Pierwszą noc przespała na dworcu, drugą przepracowała za darmo w piekarni, trzecią spędziła na ucieczce przed naganiaczami, którzy oferowali jej „dobrze płatne zajęcie przy obsłudze zamożnych mężczyzn”. Teraz mieszka na stancji z kilkoma koleżankami i sprząta domy. Jej papiery pobytowe są o tyle lepsze, że podjęła naukę. Uczy się na opiekunkę osób starszych, ale zdaje sobie sprawę, że to niezbyt uczciwe przedsięwzięcie, ta szkoła. Zajęć prawie nie ma, trzeba tylko płacić czesne. – Jak wy to mówicie? Dupokrytka? – śmieje się Olha. I zapewnia, że sobie poradzi. Ma już sieć kontaktów, ludzie ją sobie polecają, bierze 15 zł za godzinę pracy. Co prawda nie płaci składek na ubezpieczenie emerytalne, ale uważa, że i tak jest w lepszej sytuacji niż tysiące jej koleżanek – na Ukrainie i w Polsce. Bo jeśli jej coś nie spasuje, to rzuci mopem i pójdzie sobie gdzie indziej. – Ja już zapłaciła frycowe, już się na mnie pożywił i ukraiński pośrednik, i właściciel polskiej piekarni – zauważa. I dodaje, że podobnie było z Polakami, kiedy zaczęli wyjeżdżać za pracą do bogatszych krajów Europy. A teraz nie chcą wracać, choć premier namawia.
Pomagajmy i łączmy się
Jurij Kariagin jest utytułowanym człowiekiem – profesorem kijowskiego uniwersytetu, człowiekiem znanym w branży turystycznej. W Polsce zasłynął tym, że założył przy OPZZ-ecie Międzyzakładowy Związek Zawodowy Pracowników Ukraińskich w Polsce. Jak opowiada, nie ma dnia, żeby nie zgłosiło się do niego przynajmniej kilkunastu rodaków z prośbą o interwencję. Bo ktoś nie wypłacił im pensji, bo oszukał, obiecując pracę, której nie było, źle potraktował. Więc dzwoni, interweniuje, windykuje. Mówi, że to nie jest tak, iż procesy migracji za pracą można puścić samopas. Ktoś musi kierować tym rwącym potokiem. Najlepiej, żeby robiło to państwo, bo jeśli ono odda ster, to natychmiast przechwycą go zorganizowane grupy przestępcze. – Gdyby nie było kolejek w urzędach, gdyby nie było zbędnej papierologii, gdyby te wszystkie formalności toczyły się szybko i przejrzyście, bandyci nie mieliby co robić – podsumowuje Kariagin. A jeśli szybciej i taniej jest kupić papiery od ziomka, to mamy, co mamy.
Ale to, co mamy, nie jest takie najgorsze. Straż Graniczna niemal co dnia rozbija grupy, które chcą się wzbogacić kosztem naszych braci zza Buga. Portale społecznościowe kipią informacjami. Jak ten na Facebooku: Objawlienija Polsza – to na nim mama Leny opisała perturbacje swojej córki. Moja znajoma Ukrainka Uliana (we Lwowie była pielęgniarką) postawiła się: odrzuciła wszystkie oferty pracy na czarno. Dostała etat. Za minimalną krajową, ale ceni sobie bezpieczeństwo, jakie jej daje. Galina (to ta, która uciekła z obozu pracy) ma także niezłą legalną pracę, w wolnych chwilach pomaga rodakom, którzy wpakowali się w kłopoty. Mówi, że ma nadzieję, że jeszcze kilka miesięcy, może lat, a wszystko się unormuje. Choć marzy o tym, żeby pojechać do tej swojej pierwszej firmy będącej niczym innym, jak polskim obozem pracy przymusowej. Odnaleźć jej właścicielkę i tego ochroniarza z pałką. I napluć im w twarz. Tak po prostu. Za wolność naszą i waszą, międzynarodowych gastarbeiterów.
Mieli na nią czekać ludzie z firmy cateringowej, nikt się nie zjawił. Pierwszą noc przespała na dworcu, drugą przepracowała za darmo w piekarni, trzecią spędziła na ucieczce przed naganiaczami, którzy oferowali jej „dobrze płatne zajęcie przy obsłudze zamożnych mężczyzn”.