Z matematyki zawsze byłem nogą. Ćwiczenia wielomianów przypominały więc łamanie kołem, a całki i różniczkowanie stanowiły czarną magię. Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam szans wygrać tej nierównej walki, więc urywałem się z tych lekcji nagminnie. W końcu i tak liczy się to, co w głowie – myślałem naiwny. Potem okazywało się, że ci, co umieli jeszcze mniej, dostawali na koniec roku dwóję za samą obecność, a ja by uzyskać promocję, musiałem się napocić.
Podobnie jest z egzaminami na prawo jazdy. To, że ktoś opanował przepisy i umie jeździć, to dla państwa za mało. Państwo obywatelowi nie ufa, więc chce, by nie tylko egzamin był zdany po bożemu, ale także przygotowania do niego odbyły się w sposób, jaki państwo wymyśliło. Nieważne, że jeden nauczy się jeździć po 10 godzinach, a drugiemu i 60 będzie mało. Państwo każe każdemu odbyć ich minimum 30. Państwo ustala szczegółowy program szkoleń oraz każe sobie szczegółowo raportować o tym, jak jest on realizowany. Oczywiście państwo nie może też zaufać szkole jazdy, więc wysyła urzędników do kontrolowania tychże. I tak, wśród miotanych na prawo i lewo haseł o deregulacji, przeregulowuje się rynek i mnoży biurokrację. Bo w imię walki o poprawę bezpieczeństwa na drogach wzmaganie nadzoru i kontroli nie tylko nas nie uwiera, lecz także znajduje zrozumienie.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.