Autopromocja

Solska: Bałagan z progresją

Joanna Solska
Joanna SolskaDGP
30 czerwca 2011

Po 20 latach nieustannego majstrowania przy PIT (Personal Income Tax) oraz innych rodzajach podatków mamy w Polsce system antyliberalny i aspołeczny jednocześnie. Naszej gospodarki do liberalnych zaliczyć nie można z wielu powodów

Jednym z nich jest ten, że przez budżet przechodzi około 45 proc. PKB. To znaczy, że prawie połowę wypracowanych przez nas pieniędzy zabiera państwo (czyli politycy) i to ono, a nie my, decyduje, na co te pieniądze zostaną wydane. Gospodarka zaś tym bardziej uważana jest za liberalną, im więcej pieniędzy zostawia w kieszeniach obywateli, którzy je wypracowali. W naszej – z każdym rokiem tego liberalizmu jest mniej. Fiskus skubie nas z każdej strony. Rośnie VAT, rośnie akcyza, od kilku lat zamrożone są i tak zwana kwota wolna od podatku progi podatkowe w PIT.

Kryzys podważył pewność liberalnych ekonomistów, że im niższe podatki, tym szybciej rozwija się gospodarka. Nie znaczy to jednak, że udowodniona została teza przeciwna, czyli że wyższe podatki pobudzająco wpływają na wzrost. Społeczeństwa skandynawskie – szwedzkie, duńskie czy fińskie – mogą twierdzić, że większy udział podatków w PKB przeciwdziała rozwarstwieniu społecznemu. Fiskus pełni tam bowiem rolę Janosika. Odbiera tym, którzy mają dużo, żeby dołożyć cierpiącym niedostatek. W polskich realiach tej tezy nie da się udowodnić. Nasz system podatkowy ani nie motywuje do lepszej, bardziej wydajnej pracy, jak dzieje sie to w krajach o bardziej liberalnej gospodarce, ani też nie pełni roli dystrybucyjnej, poprawiając sytuację najgorzej zarabiających czy też obarczonych liczną rodziną. Przyglądając się naszym podatkom, nie wiemy, o co państwu chodzi. Dlaczego są one właśnie takie, a nie inne? Jedyne, co rzuca się w oczy, to pazerność fiskusa. Goli wszystkich, biednych i bogatych. Prawdę mówiąc, na tych biednych zarabia najwięcej. Najbogatsi już dawno wynieśli się ze swoimi pieniędzmi poza Polskę. Są rezydentami podatkowymi w krajach łaskawszych dla posiadaczy dużych fortun. Nic dziwnego, w Polsce podatki są przecież nieprzewidywalne. Wszystko może się zdarzyć. Przecież w ciągu zaledwie 20 lat najwyższa stawka w podatku PIT wynosiła już 40, potem 45 proc., aby w 2005 r. zostać podniesiona nawet do 50 proc. Ta ostatnia nigdy nie weszła w życie, wkrótce bowiem ta sama koalicja: PiS, LPR i Samoobrona, przy poparciu PO obniżyła najwyższą stawkę do obecnych 32 proc. Nie znaczy to, że zrobiło się bardziej stabilnie i przewidywalnie. Konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie, dlaczego bogaty przedsiębiorca może płacić liniowy, 19-proc. PIT, a świetnie zarabiający specjalista musi płacić 32 proc.? Obaj są przecież bardzo gospodarce potrzebni.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.