Jako dzieciak fascynowałem się wszelkiej maści filmami, książkami i albumami o zwierzętach. Do tego stopnia, że pewnej niedzieli podczas rodzinnego obiadu oświadczyłem, że ożenię się z Krystyną Czubówną. To, że wyjedziemy do Tanzanii, by wspinać się na baobaby, karmić małe gazele, jeździć na grzbietach słoni i kąpać się razem z flamingami w Jeziorze Wiktorii, już przemilczałem. I – wnioskując z podsłuchanych rozmów moich rodziców – uratowało mnie to przed lądowaniem w męskim liceum z internatem w Niepokalanowie.
Żeby było jasne – z biologii zawsze miałem tróję. A to dlatego, że na niej uczono nudnych i kompletnie nieprzydatnych w życiu rzeczy. Powiedzcie szczerze, czy chociaż raz w ciągu ostatnich 20 lat wykorzystaliście wiedzę o sporoficie i gametoficie? Pamiętacie, czym jest miękisz asymilacyjny? Albo umiecie rozróżnić tkanki stałe od twórczych? Jeśli tak, to zapewne teraz siedzicie w jakimś sterylnym laboratorium i próbujecie wynaleźć świecące w ciemności sznurówki, ewentualnie nową generację suplementu rozpalającego konary. Ale jeśli jesteście normalni, to z biologii pamiętacie co najwyżej kolor biustonosza, jaki nosiła nauczycielka. To wszystko.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.