Firmy przerzucają na klientów rosnące koszty. Efekty widać w aptekach, salonach samochodowych, biurach podróży.
Od sierpnia euro ani razu nie kosztowało mniej niż 4,1 zł, a wczoraj ponownie otarło się o granicę 4,4 zł. Polscy eksporterzy mają więc powody do radości – ich wyroby są coraz bardziej konkurencyjne na Zachodzie. Ale polscy konsumenci dostają po kieszeniach. – Na słabym złotym tracą importerzy, a w konsekwencji tego drożeje wiele produktów i usług, poczynając od artykułów spożywczych, farmaceutyków, a na turystyce kończąc. W dodatku wzrasta ryzyko prowadzonej działalności. Jeśli surowce do produkcji firma zamawia jednego dnia po 4,2 zł, a w dniu płatności, kurs wynosi 4,4 zł, to rentowność może spaść dramatycznie – mówi Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index w Polsce.
Wzrost kosztów wytwarzania najszybciej rośnie w produkcji przemysłowej – tylko we wrześniu było to 1,6 proc. w porównaniu z miesiącem wcześniej. Branża motoryzacyjna w tym czasie odnotowała 2,6-proc. wzrost kosztów. Drożeją pojazdy produkowane w Polsce i te sprowadzane z zagranicy. – Import aut rozliczany jest w euro, a to przekłada się na cenę samochodu. W przypadku samochodów z Japonii jest jeszcze gorzej, bo od sierpnia euro osłabia się w stosunku do jena – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Na razie importerzy japońskich marek robią, co mogą, by utrzymać ceny na dawnym poziomie. – Tniemy koszty wewnętrzne. W najbliższym czasie nie przewidujemy podwyżek cen, ale obserwujemy rynek i ruchy konkurencji – mówi Magdalena Węglewska z Mazda Polska.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.