Transformacja klimatyczna była przez lata domeną technokratów i ekspertów. Dziś coraz bardziej zależy od tego, co sądzi o niej przeciętny wyborca. A wyborca boi się nie tyle samego klimatu, co rachunków za energię, kosztów remontów i wzrostu cen paliw.
Gdy w 2015 r. świat podpisywał porozumienie paryskie, panowało przekonanie, że dni węgla są policzone. Zielony duch unosił się nad salą konferencyjną w Le Bourget, a hasła o neutralności klimatycznej w połowie XXI w. brzmiały jak realistyczny plan, a nie pieśń idealistów. W ciągu dekady miała nastąpić rewolucja: słońce i wiatr miały zastąpić kopalne źródła energii, a polityka klimatyczna Unii Europejskiej – poprzez system ETS – doprowadzić do gospodarczego rozbratu z węglem.
Minęło 10 lat. Na każdą minutę przypada dziś 16,7 tys. t wydobytego węgla na świecie. To tak, jakby co 60 sekund napełniać siedem olimpijskich basenów czarnym paliwem, które miało być dawno passé. Węgiel nie tylko się trzyma, ale i rośnie w siłę. Napisał o tym ostatnio „Financial Times”, skłaniając mnie do refleksji nad naszym czarnym złotem.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.