Jak w większości rodzin, także i u mnie w domu dość często dyskutuje się o tym, które dziecko do kogo jest podobne. Nie tylko z wyglądu, lecz także charakteru czy zainteresowań. I gdyby nie fakt, że jedno ma po mnie oczy, drugie włosy (jeszcze), a trzecie mały palec u lewej nogi, to gotów byłbym przysiąc, że każde pochodzi od zupełnie innych rodziców. A nam po prostu podrzucono je na porodówce. Tak zaszalałem podczas każdego z trzech „pępkowych”, że równie dobrze mogli mi wydać główkę kapusty zawiniętą w ręcznik, a bym się nie zorientował.
Moja 10-letnia córka ma duszę artystki. Choć w mojej rodzinie nikt od pokoleń nie potrafi choćby pokolorować kółka bez wychodzenia za linię, ona tworzy na płótnie takie dzieła, że van Gogh przy niej to malarz pokojowy. W dodatku ma fioła na punkcie zwierząt. Ambitnie uczęszcza na lekcje jazdy konnej i od trzeciego roku życia powtarza, że chce zostać weterynarzem. Na Boga, przecież u nas nie ma żadnego lekarza od sierściuchów, a koń w całej historii był tylko jeden – na biegunach, wystrugany przez mojego dziadka.
W rodzinie nie mamy też ani jednego piłkarza, zaś ja gardzę tym sportem bardziej niż brukselką i cieciorką (podobnie jak mój ojciec, jego ojciec, ojciec jego ojca itd.), a mimo to mój średni syn zapragnął być jak Salah albo jakiś inny Lewandowski. Z jednej strony nas to zastanawia, z drugiej – niezmiernie cieszy. Do tego stopnia, że postanowiliśmy z żoną zainwestować w jego piłkarski rozwój wszystko, co pierwotnie miało wylądować na koncie funduszu emerytalnego i liczymy na zwrot z inwestycji na poziomie miliarda procent. Jednocześnie już dzisiaj oswajamy psychicznie naszego sześciolatka z jego przyszłą rolą – wołamy na niego „Trzeci filar”.
Problem natomiast mamy z najmłodszym, czterolatkiem. Choć wołamy na niego Kubuś, zgodnie z tym, co zapisane zostało w akcie urodzenia, to z bajkowym Puchatkiem ma wspólną tylko jedną rzecz – apetyt. Natomiast cała reszta wskazuje ewidentnie na Kubę Rozpruwacza. Wystarczy na trzy minuty zostawić go samego w pokoju, a nie ostanie się nawet farba na ścianach. Ja skręcam szafę z Ikei przez cztery godziny, on ją rozbiera w cztery sekundy. A starszego brata pierze tak, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy tego drugiego nie przepisać z zajęć piłkarskich na brazylijskie jujitsu, by mógł skuteczniej się bronić. Niestety sportowcy uprawiający tę sztukę walki fatalnie zarabiają, więc porzuciliśmy ten pomysł z troski o naszą emerytalną przyszłość. I co wieczór zastanawiamy się, co wyrośnie z tego najmłodszego. Przez chwilę nadzieją napawało nas to, że uwielbia samochody. Co oznacza, że w przyszłości mógłby być mną. Mógłby, gdyby nie to, że… muszę trzymać go z daleka od aut. W jednym pomazał tapicerkę, w drugim przeprowadził detailing zderzaka za pomocą śrubokręta, a w innym – jak to sam określił – „pokolorował nawigację”. A niedawno wyciągnął mi z torby kluczyki, samodzielnie odpalił auto stojące na podjeździe i zaczął wciskać gaz.
Mimo wszystko ogromnie cieszymy się, że nasze dzieci są tak różne. I w rzeczywistości martwimy się tylko jednym – że z biegiem czasu zapragną być takie same jak wszyscy inni. Nosić rurki i njubalansy, czesać się na Johnny’ego Bravo, słuchać Rihanny, a potem studiować zarządzanie, informatykę lub prawo. Bo mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bycie innym i wyróżnianie się jest czymś w rodzaju grzybicy stóp – lepiej nie chwalić się tym publicznie. Lepiej być takim samym i się nie wychylać. Już nawet firmy motoryzacyjne postępują tak samo.
BMW słynęło kiedyś ze sportowego prowadzenia, mercedes z komfortu, a audi z tego, że nie rzucało się w oczy. Dzisiaj BMW ma komfort mercedesa, mercedes prowadzi się jak BMW, a nowe audi mają tak agresywny design, jakby chciały pożreć BMW i mercedesa, a przy okazji również wasze dzieci. Każdy zapragnął być kimś innym, w związku z czym wszyscy są tacy sami. Co gorsza, mercedes C wygląda jak mercedes E, a mercedes E wygląda jak mercedes S. W związku z czym mercedes S wygląda jak mercedes C, choć dzieli je jakieś 300 tys. zł. Innymi słowy, możecie kupić sobie klasę C w leasingu „rata za 999 zł netto” i udawać, że jesteście potentatem naftowym. Równie dobrze możecie być potentatem naftowym i udawać, że wiedziecie skromne życie i jeździcie klasą C za 999 zł netto miesięcznie. To samo dotyczy renault. Za 599 zł możecie mieć clio i wmówić sąsiadowi, że to dwa rozmiary większy i trzy razy droższy talisman. Albo odwrotnie – kupić talismana i tłumaczyć komornikowi, że to nic nie warte clio. Auta stają się do siebie niezmiernie podobne i zjawisko to przybiera na sile. Dlatego tym bardziej cenię sobie to, co robi Kia.
Dwa lata temu Koreańczycy pokazali innego stingera, potem innego ProCeeda, następnie innego eSoula, a teraz wjechali na rynek innym XCeedem. Stałem przed tym samochodem przez dobry kwadrans i nie mogłem powstrzymać odgłosów zachwytu – nad proporcjami sylwetki, dynamicznie narysowanym tyłem oraz zdecydowanym i jednocześnie kokieteryjnym spojrzeniem. Nic w segmencie crossoverów nie wygląda obecnie tak dobrze.
Wnętrze? W czasach, gdy wiele marek komplikuje obsługę wszystkiego tak, by kierowca miał wrażenie, że nie jedzie do Bydgoszczy, tylko leci w kosmos, Kia zrobiła wszystko „po ludzku”. Jest intuicyjne, praktyczne i czytelne. Nie musicie kończyć kursu informatycznego, by przełączyć stację radiową – wystarczy, że klikniecie w wyraźną ikonkę na ekranie. A gdy chcecie zwiększyć temperaturę we wnętrzu, jedynie przekręcacie pokrętło. To już naprawdę wszystko!
Jednak zdecydowanie najbardziej „inną” rzeczą w XCeedzie jest to, jak się prowadzi. Jeżeli jesteście facetem, spróbujcie założyć szpilki i przejść w nich przez salon waszego domu – tak jeździ większość podwyższonych kompaktów. Niepewnie, kołysząc się na boki i pozostawiając was z wrażeniem, że nie do końca macie wpływ na to, co stanie się za chwilę. Kii bliżej pod tym względem do usportowionych hatchbacków – nie ma tu żadnej podsterowności, nieprzewidzianych zachowań, a układ kierowniczy to klasa sama w sobie. Niektórzy będą narzekali, że na gorszej jakości drogach zawieszenie jest ciut za sztywne, ale to jak powiedzieć, że po viagrze jest trochę za twardo. Musicie sami zdecydować: ma być przyjemnie i dobrze czy miękko i bez satysfakcji. Jeśli wybieracie bramkę numer 1, to polecam wam ją z 204-konnym silnikiem 1.6 T-GDi i siedmiobiegowym automatem. Mniejszy 140-konny motor też jest w porządku, ale pozostawia pewien niedosyt, bo już po pierwszym kilometrze zaczynacie rozumieć, że zawieszenie i układ kierowniczy zasługują na więcej. A na najtańsze 1.0 T-GDi ze 120 końmi nawet nie patrzcie. To tak, jakbyście postanowili zagrać w tenisa ziemnego rakietą do tenisa stołowego. Owszem, da się. Ale strasznie się przy tym namęczycie.
Po kilkudniowej przygodzie z XCeedem nie mogę pozbyć się wrażenia, że Koreańczycy zaczęli budować coś więcej niż – co wiedziałem już wcześniej – bardzo dobre samochody. Oni zaczęli budować własną tożsamość i tworzyć własną historię. Jeszcze nie tak dawno temu przyznanie się publicznie do tego, że jeździ się kią, było jak przyznanie się do tego, że ma się opryszczkę. I to tam, na dole. Po tej deklaracji ludzie usuwali wasze nazwisko ze swoich telefonów i nie chcieli was znać. Dzisiaj powiedzenie w towarzystwie: „Jeżdżę kią”, budzi entuzjazm porównywalny z oświadczeniem: „Wczoraj uratowałem dwa małe pieski przed utonięciem”. Ludzie klepią was po plecach, chwalą za świetną, mądrą decyzję i nieśmiało pytają, czy wasza córka nie umówiłaby się z ich synem. Taka właśnie dzisiaj jest kia. W dobie, gdy każdy próbuje być kimś, ona jest po prostu sobą. Z jednej strony normalna i „ludzka”, a z drugiej – inna. A to w dzisiejszym świecie najlepsza rekomendacja. ©℗