Josep Borrell, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i wysoki przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, uznał przejęcie władzy nad Afganistanem przez talibów za „najważniejsze wydarzenie geopolityczne od rosyjskiej inwazji na Krym”. Nawet jeśli to pewna przesada, trudno zaprzeczyć, że globalne środowisko bezpieczeństwa mocno się zmieniło pod wpływem tych wydarzeń. Pytanie, czy ten nowy świat będzie lepszy, czy gorszy od starego – wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.
Chaotyczna ewakuacja z Kabulu to bez wątpienia cios dla międzynarodowego autorytetu Stanów Zjednoczonych. Tłumaczenie prezydenta Joego Bidena, że USA nigdy nie miały ambicji budowania w Afganistanie stabilnego i nowoczesnego państwa, a były tam tylko po to, by dopaść liderów Al-Kaidy, nie wytrzymuje krytyki, bo stoi w sprzeczności z wieloma znanymi faktami oraz wcześniejszymi oświadczeniami amerykańskich polityków i wojskowych; de facto pogorszyło więc sprawę. Prawda jest taka, że Stany spektakularnie przegrały najdłuższą i bodaj najbardziej kosztowną wojnę w swojej historii.
I choć analogie do Wietnamu i do ewakuacji Sajgonu w 1975 r. są mylące, bo oparte tylko na podobieństwie pewnych medialnych obrazków – to jednak jest z czego wyciągać wnioski, by podobnych błędów więcej nie powtórzyć. I nie dotyczy to tylko USA. Ich sojuszników także.
Reklama
Porażki w infosferze

Reklama
Na razie z amerykańskich i natowskich kłopotów cieszą się w Chinach, Rosji, Iranie, Korei Północnej, Palestynie, Jemenie, Somalii i wielu innych miejscach, gdzie USA nie budzą sympatii. Radość, skrywana (albo i nie) zapanowała także w pewnych środowiskach w naszym kraju. Tu wypada przestrzec: co by się dalej nie działo, Stany i tak pozostaną mocarstwem, z którym świat będzie musiał się liczyć, więc rachuby np. na to, że teraz zabraknie im sił lub chęci, by dalej naciskać na Polskę w sprawie TVN, są żenująco naiwne i świadczą o tym, że ich autorzy nie mają o polityce zagranicznej bladego pojęcia. Podobnie zresztą ma się sprawa z kasandrycznymi przepowiedniami, że skoro mocarstwo tak łatwo oddało Kabul „pasterzom kóz”, jak niektórzy lubią nazywać talibów, porzucając tamtejszych sojuszników, podobnie łatwo może kiedyś oddać komuś także Polskę. Inna rzecz, że tego rodzaju wypowiedzi równie często mogą wynikać z niekompetencji, co z profesjonalnego cynizmu, czyli być świadomą i celową antyzachodnią propagandą.
Kabul i cały Afganistan oddano nie tyle talibom, ile Afgańczykom. Skądinąd słusznie, bo amerykańscy wyborcy mieli już serdecznie dość dalszych ofiar (ludzkich i finansowych) w wojnie, której cele przestali dawno rozumieć. Decyzję o wycofaniu wojsk spod Hindukuszu podjął więc jeszcze Donald Trump i półtora roku temu zawarł w tej sprawie pakt z talibami. Administracja Joego Bidena nie zrobiła nic szczególnego: po prostu wykonała tę decyzję. W tle przyjętej przez demokratów strategii było przekonanie – zapewne słuszne – że ich elektorat niczym się od republikańskiego nie różni, co do oczekiwań w sprawie Afganistanu.
Problemy zaczęły się z innego powodu. Z obrazu, który wyłania się dziś z informacyjnego szumu i chaosu, zaczyna wynikać, że fundamentalny błąd popełniły wszystkie kolejne administracje amerykańskie – od tej kierowanej przez George’a Busha jr. poczynając, poprzez tę Baracka Obamy i Donalda Trumpa, aż po obecną. Był to błąd polegający na myśleniu życzeniowym i polityczno -intelektualnym wygodnictwie. Otóż przez lata karmiono opinię publiczną Zachodu optymistyczno-uspokajającymi informacjami o postępach w budowie społeczeństwa obywatelskiego w Afganistanie oraz o sukcesach w tworzeniu instytucji bezpieczeństwa. I to jeszcze, od biedy, dałoby się zrozumieć. Gorzej, że przywódcy państw zachodnich najwyraźniej sami w kreowaną przez siebie propagandę uwierzyli. Raporty odzwierciedlające realia lądowały w koszu, a ich autorzy w odstawce – zaś Joe Biden i inni chyba niemal do końca byli przekonani, że przyszłością Afganistanu będzie rząd hybrydowy, oparty na ekipie prezydenta Aszrafa Ghaniego, być może z dodatkiem co bardziej umiarkowanych talibów i z szerszą reprezentacją przywódców plemiennych, których Ghani zepchnął w cień. Trwały wszak negocjacje w katarskiej Dosze, pod międzynarodową egidą, i choć ślimaczyły się niemiłosiernie, to utwierdzały optymistów w ich marzeniach.
Tymczasem talibowie, mający w przeciwieństwie do rządu Ghaniego realne oparcie w terenie, okazali się mądrzejszymi politykami. Najwyraźniej nigdy nie zamierzali dzielić się z nim władzą – bo wiedzieli, że nie muszą. Pozorowali więc aktywność dyplomatyczną w Dosze, kupując sobie w ten sposób niezbędny czas i przygotowując się do przejęcia kraju.
Przy okazji: ich strategii i taktyki, jak się wydaje, bardzo nie docenili nie tylko politycy z Kabulu i Waszyngtonu, ale również amerykańskie służby specjalne. Teraz np. okazuje się, że talibowie na dużą skalę wykorzystali komunikatory na zachodnich platformach internetowych, w tym przede wszystkim WhatsAppa, by zawczasu dogadać się z wieloma liderami lokalnej administracji i oficerami rządowych sił bezpieczeństwa, zapewniając sobie ich neutralność lub poparcie w odpowiednim momencie (w tym m.in. tkwi tajemnica szybkiego, i często bez walki, zajmowania kolejnych, strategicznie ważnych ośrodków). Amerykański wywiad, jak się wydaje, przegapił to, a przynajmniej zlekceważył, choć dysponuje największą, a na pewno najkosztowniejszą infrastrukturą do kontroli komunikacji w internecie – dlatego jeszcze w poprzedni czwartek (sic!) ogłaszał w raporcie, że dotarcie do Kabulu i jego opanowanie zajmie talibom co najmniej trzy miesiące.
Również szacunki jakości i determinacji afgańskiej elity władzy okazały się nadmiernie optymistyczne. Amerykanie zakładali, że Ghani i spółka, jeśli nie zdołają się dogadać z talibami, to przynajmniej będą się z nimi bić. Tymczasem prezydent i jego akolici nie mieli na to ani sił, ani ochoty i po prostu gremialnie zdezerterowali, zanim ostatni amerykański żołnierz opuścił ich ziemię. I w ten sposób planowane „oddanie Afganistanu Afgańczykom” – słuszne i właściwie bezalternatywne – nieuchronnie okazało się oddaniem kraju talibom.
Wyciąganie wniosków
To, co się stało – jest klęską Zachodu w wymiarze informacyjnym. Amerykanie i ich sojusznicy przegrali bowiem z talibami rywalizację o to, by wiedzieć, „jak jest naprawdę”, i na tej bazie podejmować efektywne decyzje, a ponadto przegrali ważną bitwę w wojnie o publiczny prestiż i autorytet w skali globalnej. Pierwsze będzie teraz badane (komisja wywiadu amerykańskiej Izby Reprezentantów już zapowiada przesłuchania i zadawanie „trudnych i niewygodnych” pytań wielu osobom); drugie będzie się ciągnąć za nimi jeszcze długo.
Pierwsze istotne pytanie na dziś brzmi więc: co ze swoją porażką zrobi Zachód? Bez wątpienia prawdziwym testem jakości naszych instytucji, a więc i poziomu zbiorowego bezpieczeństwa w przyszłości, będzie teraz stopień rzetelności i odwagi przy badaniu popełnionych błędów, a następnie przy przełożeniu wniosków na praktykę. Jeśli zdamy ten egzamin, mamy szansę wyjść z kryzysu mocniejsi – zarówno w wymiarze taktycznym, jak i strategicznym. Pierwszy oznacza lepszą pracę wywiadu i kontrwywiadu, ośrodków analitycznych, służb odpowiedzialnych za komunikację i udoskonalenie procesów decyzyjnych. Drugi – rozsądniejsze kalkulowanie, gdzie, o co i z kim opłaca się bić, a gdzie negocjować lub zawierać sojusze. Gdzieś pomiędzy tymi poziomami jest też kwestia ograniczenia wpływu lobbingu branżowego i środowiskowego na decyzje polityczne o najwyższej wadze, bo trudno nie zauważyć, że miał on swoje znaczenie dla wspomnianego, wieloletniego trzymania się beznadziejnej polityki wobec Afganistanu.
To zadania na miesiące i lata – natomiast bezpośrednim skutkiem wydarzeń pod Hindukuszem będą zapewne przesunięcia w sympatiach opinii publicznej, która też ocenia to, co widzi, i wyciąga wnioski. Już traci w sondażach Joe Biden – w poniedziałkowym badaniu Ipsos dla Reutersa poziom poparcia Amerykanów dla ich prezydenta wyniósł tylko 46 proc. i był najniższy od inauguracji. I słusznie, bo Bidena obciąża nie tylko nieudolna reakcja na zaistniały kryzys, ale przede wszystkim współodpowiedzialność za wcześniejsze błędy (był przez osiem lat wiceprezydentem u boku Obamy i odpowiadał w tej roli m.in. za politykę zagraniczną i bezpieczeństwa). Republikańscy politycy zwietrzyli krew, a do medialnego ataku ruszył nawet Donald Trump (choć jako autor decyzji o wycofaniu i sygnatariusz zeszłorocznego układu z talibami, który wielu polityków zachodnich określa dziś jako „zgniły”, jest w nieco niezręcznej sytuacji). W dłuższej perspektywie trudno jednak spodziewać się trwałego problemu demokratów w polityce wewnętrznej na tle afgańskiego tematu – gdy z czołówek mediów znikną dramatyczne zdjęcia z kabulskiego lotniska, elektorat raczej będzie się cieszył, że Ameryka ma tę egzotyczną awanturę za sobą, że nie ponosi już jej kosztów, no i że kolejni młodzi ludzie nie wracają z Afganistanu w trumnie lub okaleczeni. Prezydent i jego współpracownicy już wykorzystują tę nutę w ramach kryzysowego PR: np. doradca ds. bezpieczeństwa Jake Sullivan przekonywał we wtorek, że chociaż obrazy z lotniska „rozdzierały serce”, Biden „musiał również pomyśleć o kosztach ludzkich alternatywnej ścieżki, czyli pozostania w środku konfliktu”.
Paradoksalnie większy wpływ wyborczy może mieć sprawa afgańska w Niemczech – bo tam najważniejsze głosowanie za pasem. We wrześniu Niemcy wybiorą nowy parlament; rządząca chadecja i tak ma dość niskie notowanie, przejściowo wyprzedzali ją nawet Zieloni, a teraz gonią socjaldemokraci. Tymczasem przez niemieckie media przewala się fala krytyki pod adresem Angeli Merkel, zarówno za zaniedbania dotyczące wcześniejszego „budowania demokracji” w kontrolowanych przez Bundeswehrę afgańskich prowincjach Kunduz i Balch, jak i za teraźniejsze, rozbrajająco szczere (acz spóźnione) przyznanie, że „wszystko poszło nam w Afganistanie nie tak, jak chcieliśmy”. Dodając do tego skokowy wzrost obaw związanych z nową falą uchodźców i migrantów, co może część elektoratu centroprawicowego „przekierować” dalej na prawo, nie powinniśmy się dziwić, jeśli relatywnie stabilny poziom poparcia dla CDU/CSU w ostatniej chwili dozna tąpnięcia.
Nowi, lepsi talibowie?
Gdy Zachód zmaga się z konsekwencjami swojej porażki, talibowie muszą się zmierzyć ze skutkami sukcesu. Możliwe, że tak naprawdę jeszcze sami nie wiedzą, w jakim kierunku poprowadzą swój kraj. Pierwsze sygnały są sprzeczne i niezbyt pewne: z jednej strony mamy dyplomatyczne oświadczenia, z drugiej – realną przemoc, zwłaszcza na prowincji.
Co do tej drugiej – trzeba jednak brać poprawkę na dwa czynniki. Pierwszy to naturalny w tych warunkach chaos informacyjny i trudności z potwierdzeniem napływających informacji, które przynajmniej częściowo mogą być celową dezinformacją ze strony przeciwników nowego reżimu. Drugi to równie naturalny kłopot z zapanowaniem przez centralne dowództwo nad samowolą lokalnych komendantów.
Natomiast talibscy liderzy starają się na razie uspokajać świat. Niedawno zapowiedzieli np., że stopniowo będą ujawniać swoje twarze i personalia (na razie z otwartą przyłbicą występują jedynie nieliczni z nich, o innych wiemy na podstawie przecieków z danych wywiadowczych). Nakazali też oddziałom, by nie obnosiły się z triumfem, nie urządzały spektakularnych uroczystości w zdobytych miastach, ogłosili ponadto amnestię, obejmującą też przeciwników politycznych i funkcjonariuszy byłego rządu oraz współpracowników sił NATO.
– Nie chcemy żadnych wrogów wewnętrznych ani zewnętrznych – oświadczył rzecznik ruchu Zabihullah Mudżahid. W ramach tej polityki zadeklarowano też „poszanowanie praw kobiet”, które będą mogły „pracować i studiować (…), i będą bardzo aktywne w społeczeństwie” – to też cytat z Mudżahida, który jednak natychmiast uzupełnił tę wypowiedź dla światowych agencji znaczącym komentarzem, że oczywiście to wszystko będzie możliwe „w ramach islamu i prawa islamskiego”.
Unia Europejska już zadeklarowała, ustami Josepa Borrella (po nadzwyczajnym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych bloku), że zamierza z talibami rozmawiać, także w celu skuteczniejszego monitorowania i ewentualnie wymuszania ochrony praw człowieka pod nowymi rządami, ze szczególnym uwzględnieniem praw kobiet. Owszem, polityka talibów w tym zakresie będzie zapewne swoistym papierkiem lakmusowym ich prawdziwych intencji – jednak specjaliści od bezpieczeństwa międzynarodowego z większą uwagą przyglądają się innemu aspektowi politycznej zmiany w Kabulu. Chodzi rzecz jasna o to, czy talibowie zamierzają odejść od swej dawnej polityki wspierania, choćby przez udzielanie bezpiecznej bazy i gościny, grupom terrorystycznym (co stało się przyczyną amerykańskiego uderzenia na Afganistan 20 lat temu). Na razie twierdzą, że wyciągnęli wnioski z przeszłości i taka sytuacja się nie powtórzy. Przy okazji deklarują także – to akurat zgodne z ich przekonaniami i praktyką – bezwzględną walkę z narkobiznesem na swym terytorium (jednym z tematów rozmów z UE, lecz także innymi partnerami zewnętrznymi, będzie zapewne wsparcie finansowe i techniczne dla rozwoju upraw, alternatywnych wobec tradycyjnie dominującego maku, z którego wytwarzano opium).
Zachód na razie nie ma innego wyjścia, jak brać te zapowiedzi za dobrą monetę – i obserwować wydarzenia. W tym duchu wypowiedział się już m.in. szef brytyjskiego sztabu obrony, gen. Nicholas Carter (służący w przeszłości jako dowódca w Afganistanie i znający dobrze ten kraj). – Musimy być cierpliwi, musimy powstrzymać nerwy i musimy dać im przestrzeń do utworzenia rządu i do pokazania swoich preferencji – powiedział w środę w wywiadzie dla BBC. Dodał, że dzisiejsi talibowie nie są grupą jednorodną, ale że większość z nich to „wiejscy chłopcy”, chcący po prostu żyć zgodnie z pasztunwali – tradycyjnym kodeksem religijno-etycznym Pasztunów, i że ich nowy rząd może się okazać „rozsądniejszy niż ten poprzedni”.
Gra o bezpieczeństwo
Gdyby jednak okazało się, że nie – na porządku dziennym stanie kwestia działań, mających rząd talibów powstrzymać od działań wrogich wobec reszty świata lub jego części. Były szef sztabu sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej gen. Jurij Bałujewski już zagroził, że Moskwa odpowie siłą na ewentualną agresję wobec jej środkowoazjatyckich partnerów: Tadżykistanu, Uzbekistanu i Kirgistanu. Nie wykluczył nawet użycia strategicznych bombowców Tu-22M3. Otwarta agresja na kraje ościenne jest scenariuszem mało prawdopodobnym (choć, z uwagi na to, że talibowie zawładnęli sporymi ilościami nowoczesnego sprzętu i uzbrojenia produkcji amerykańskiej – technicznie wykonalnym). Bardziej realne – że będą po cichu wspierać tendencje do radykalizacji muzułmanów w krajach położonych na północ od nich, i tego najbardziej obawia się Moskwa. Bombowce tu jednak nie pomogą, dlatego Kreml równolegle do generalskich pogróżek szykuje grunt pod kooperację z talibami.
Podobnie zapewne zachowają się Chiny – mające realne powody do obaw o radykalizację Ujgurów w swej zachodniej prowincji Sinciang. Pekin dysponuje jednak silniejszymi argumentami w rozmowach z talibami niż Moskwa. To przede wszystkim znaczne możliwości finansowe (a dla talibów pierwszym problemem będzie zmierzenie się z nędzą i inwestycjami infrastrukturalnymi) i technologiczne, także już dokonane inwestycje w afgański sektor surowcowy (m.in. w kopalnie miedzi) oraz inwestycje potencjalne (najatrakcyjniejszy cel to złoża litu). Pekin zapewne posłuży się też „dźwignią” w postaci Pakistanu – to jego sojusznik, który z talibami od lat ma świetne kontakty (choć nie zawsze oficjalne).
Nowa odsłona gry będzie się więc toczyć głównie o zdolność kontrolowania talibów przez kombinację zróżnicowanych instrumentów, od ekonomicznych, przez dyplomatyczne, po te najbardziej w takich razach użyteczne, czyli wywiadowcze. Poza Pakistanem – ważnym aktorem okaże się zapewne Iran, a także Arabia Saudyjska i Turcja. Pośrednictwo Saudów pewnie spróbują na swoją korzyść wykorzystywać Amerykanie, zaś Ankara zyska nowe szanse na lawirowanie między Pekinem a Waszyngtonem (i trochę Moskwą). Mało jednak prawdopodobne, by którykolwiek gracz sam poradził sobie ze zdobyciem monopolu na afgańskim podwórku – bardziej prawdopodobne są porozumienia między nimi, niekiedy trudne i egzotyczne. To zaś oznacza z jednej strony wzrost znaczenia instytucji multilateralnych, zapewniających płaszczyznę takiej dyplomacji, z drugiej zaś, być może, przynajmniej przejściowe osłabienie temperatury sporów Wschód–Zachód na innych polach.
Problem w tym, że różni gracze mogą mieć tu bardzo odmienne cele. O ile USA będą starały się talibów odwodzić od „eksportu niestabilności”, o tyle ceną za chińską pomoc dyplomatyczną i ekonomiczną może być równie dobrze wprzęgnięcie Kabulu w operację dywersyjną przeciwko Zachodowi. Na stole są więc dziś krańcowo różne scenariusze. W pozytywnych – zmiana władzy w Afganistanie może w dłuższej perspektywie zaowocować lepszą jakościowo globalną polityką Zachodu, stopniową stabilizacją Afganistanu, choć za cenę powstania w regionie kolejnej, konserwatywnej teokracji, a także wzrostem kooperacji nawet między geostrategicznymi rywalami. W złych – przyspieszoną degrengoladą wpływów amerykańskich w świecie, wzrostem zagrożenia terrorystycznego, a także narastającym problemem z falą uchodźców politycznych i migrantów ekonomicznych, szturmujących granice zwłaszcza Unii Europejskiej. ©℗
*Autor jest doktorem nauk o polityce z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, ekspertem Nowej Konfederacji, a także przewodniczącym rady i analitykiem Fundacji Po.Int, zrzeszającej m.in. byłych oficerów wywiadu