Donald Trump przekonuje, że w Brexit też nikt nie wierzył. Niektóre redakcje uderzają w podobny ton i wieszczą, iż żyjemy w tak niepewnych czasach, że wszystko jest absolutnie możliwe, więc i wygrana republikańskiego kandydata jest wielce prawdopodobna. Zwłaszcza po incydencie z szefem FBI Jamesem Comeyem, który ujawnił, że agencja może na nowo otworzyć dochodzenie w sprawie e-maili Hillary Clinton.
Reklama
Jednak porównywanie amerykańskich wyborów do referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest niefortunne. I to z kilku powodów.

Reklama
Zacznijmy od samych sondaży. Przez większość kampanii przedreferendalnej w badaniach dominowali zwolennicy wyjścia. Dopiero w ostatnich kilkunastu dniach przed głosowaniem przewagę zyskali przeciwnicy, ale na tyle nieznaczną, że mieściła się ona w granicach błędu statystycznego. W dniu, w którym Brytyjczycy udali się do urn, szanse obydwu obozów były mniej więcej wyrównane.
W USA sondaż goni sondaż. Dziennie przybywa kilka nowych. Niektóre wskazują na remis, a nawet na drobną przewagę Trumpa. Ale wyniki tych badań są często bardzo rozbieżne. Różnice sięgają 10 punktów. Natomiast średnia wszystkich sondaży z ostatnich 10 dni daje Hillary Clinton przewagę 4,7 pkt proc. Przypomnijmy: Obama pokonał cztery lata temu Mitta Romneya 3,9 pkt proc., a i tak wygrał – jak mówią Amerykanie – w landslide (ang. osunięcie się ziemi; w żargonie politologicznym znaczy to, że jeden kandydat dosłownie pogrzebał drugiego – red.).
Poza tym, co jeszcze istotniejsze, brytyjskie referendum to głosowanie bezpośrednie. Wystarczyła po prostu większość głosów. Amerykańskie wybory prezydenckie są dwustopniowe. Mieszkańcy każdego ze stanów wskazują swojego faworyta do Białego Domu, ale głosują na elektorów, którzy w grudniu dopiero wybiorą prezydenta. Kandydat, który wygra choćby jednym głosem w stanie, zgarnia całą przyporządkowaną temu stanowi pulę elektorów. Dlatego tak naprawdę kampania toczy się w 10–12 stanach, gdzie sondaże wskazują na remis. Już dziś wiadomo, jak zagłosują pozostałe.
Brytyjczycy głosowali wyłącznie w czwartek 23 czerwca. Amerykanie głosują już od połowy września w ramach procedury tzw. wcześniejszego głosowania. Dotąd wrzucono do urny 23 mln kartek z nazwiskiem wybranego kandydata (szacuje się, że w ogóle w wyborach weźmie udział 130 mln ludzi). Głosów na razie nie policzono, ale ze statystyk wynika, że wyborcy Partii Demokratycznej częściej niż Partii Republikańskiej udali się do swojej komisji obwodowej.
Ale podstawowa różnica między Brexitem a amerykańskimi wyborami sprowadza się do tego, że Brytyjczycy głosowali na ideę, a Amerykanie – na człowieka. Do tego historycznie patrząc, 95 proc. kandydatów czy to na prezydenta, burmistrza czy senatora, wygrywa reelekcję. Była Pierwsza Dama kandyduje na trzecią kadencję Obamy i zgodnie z tym algorytmem ma większe szanse niż Trump.