Zaplanowane na niedzielę wybory prezydenckie w Mołdawii, niezależnie od wyniku, wygra człowiek, który nawet w nich nie kandyduje. Vladimir Plahotniuc, oligarcha, a formalnie tylko poseł, kontroluje najważniejsze firmy, służby specjalne, wymiar sprawiedliwości i niemal całą scenę polityczną.
To historia człowieka, któremu jeszcze kilka lat temu nie podawano w Kiszyniowie ręki. Jak przekonywali nasi mołdawscy rozmówcy, Vlad Plahotniuc, jeden z najbogatszych Mołdawian, zaczynał „w sutenerce”. Ludzie z tej branży nie cieszą się szacunkiem na mieście. Jednak dziś stare opowieści o nocnych klubach, do których ściągano VIP-ów z sąsiednich państw, to już historia. Legendę o cwaniaku w skórzanej kurtce zastąpiła opowieść o filantropie, który spotyka się z najważniejszymi dyplomatami świata.
Vlad Plahotniuc z roku 2016 jest człowiekiem sukcesu: ma pełnię władzy i pieniądze, a jego najpoważniejsi rywale siedzą w więzieniach albo na emigracji. Ale to zarazem twarz porażki. Przede wszystkim Zachodu. Bo los oligarchy jak w soczewce skupia słabości polityki wobec byłych republik radzieckich. Przede wszystkim naiwną wiarę w to, że podpisana umowa stowarzyszeniowa z UE jest gwarancją modernizacji państwa.