Bywało ciężko. Zwłaszcza jak trzeba było odpracować swoje na akcjach, a potem słuchało się w telewizji o grupie faszystów. My byliśmy przekonani, że naprawdę robimy to dla Polski. Nie dla siebie, nie dla pieniędzy. Z czasem wszystko się wywróciło. Heilowanie zamiast graby to już była norma
Moim przewodnikiem po wewnętrznym świecie ONR-u jest m.in. Michał (imię zmienione), przez kilka lat członek ONR-u w średnim mieście w Polsce. Zgodził się opowiedzieć, jak naprawdę wygląda życie w organizacji narodowej tylko dlatego, że sam nie jest już czynnym działaczem. Odszedł. Wyjechał. Zmienił adres zamieszkania. Skasował konto na Facebooku i założył nową skrzynkę e-mailową. Numer telefonu też zmienił. Dla grupy niemalże rozpłynął się w powietrzu. Poznaję go przez znajomych znajomych. Opiera się, nie chce, zaczął nowe życie. Teraz już wie, że to nie była taka sobie zwyczajna subkultura. Już wie, że po byciu narodowcem nigdy nie będzie już tak samo. Przecież widzi, co się dzieje na ulicy, w tramwajach, w centrach handlowych. I boi się, że ci, których kiedyś słuchał godzinami, zrobią coś przykrego jemu lub jego bliskim. Ogląda się, czy ktoś nie śledzi go w drodze do domu, listy odbiera na skrytkę pocztową. Firmę założył na adres wirtualny. – Tym ludziom odbija. Czują się pewniej, myślą, że są bezkarni. Widać ich w miejscach, w których zawsze byli w cieniu. Już nawet nie kryją się z radykalizmem swoich poglądów. Wszyscy tak boją się terrorystów, szkoda, że władze bagatelizują niektórych narodowców. To już nie jest pokojowe działanie. Wielu tych nieznanych mięśniaków, którzy szarpią cudzoziemców na ulicy, wyzywają ich od czarnuchów, skośnych, ma niestety korzenie narodowe. Po zmianie władzy, po zmianie polityki wychodzą na światło dziennie. Jeszcze dwa lata temu działali głównie w podziemiu, pokazując się przy okazji Marszu Niepodległości czy meczów. Teraz agitują jawnie.
Bóg, Honor, Ojczyzna