Za każdym razem, kiedy już wydaje mi się, że coś pójdzie do przodu, moi partnerzy biznesowi się wycofują. Tłumaczą, że muszą dbać o siebie i przyszłość dzieci. Że dostają komunikaty, by się ode mnie trzymać z daleka. Bo mogą być kłopoty.
Jest pan jednym z trójki bohaterów dramatu znanego jako „afera Polmozbytu Kraków”, który stał się kanwą głośnego filmu „Układ zamknięty” z 2013 r. Nie ma w nim happy endu: biznesmeni osaczeni przez prokuraturę oraz urząd skarbowy, w tle są służby specjalne, czyli WSI, tracą firmę. W rzeczywistości jest jeszcze gorzej: trafiają do aresztu wydobywczego, zostaje im zabrany cały majątek, a niecałe dwa tygodnie temu zostają prawomocnie skazani. Wyroki są w zawiasach, więc nie przysługuje od nich skarga kasacyjna, co przewidział pan podczas naszej ostatniej rozmowy. Jako że ludziom film miesza się z tym, co rzeczywiste, spróbujmy uporządkować fakty i opowiedzieć historię od początku do końca.
Początek jest taki, że naczelnik krakowskiego urzędu skarbowego wszczyna kontrolę. Jestem przekonany, że dostał od kogoś zlecenie, by cokolwiek na nas znaleźć. W sądzie zeznawał, że bez żadnego szczególnego powodu zaczął nagle przeglądać papiery dotyczące Polmozbytu Kraków (PK) i coś mu w nich nie pasowało. Nudził się? Nie miał co robić? Może. W każdym razie w PK została wszczęta kontrola skarbowa i po kilku tygodniach, jeszcze przed jej zakończeniem, było doniesienie naczelnika urzędu skarbowego do prokuratury i pierwsze aresztowania. Prokurator potrzebował tylko dwóch tygodni, aby wnioskować o areszty. Chociaż z drugiej strony tego czasu miał aż zanadto, zważywszy, że cały materiał dowodowy świadczący o popełnieniu przestępstwa stanowiło jedynie wynikające z nudy pana naczelnika doniesienie. To o tyle zaskakujące, że w doniesieniu nie było żadnych konkretów, tylko insynuacje. I jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że w czasie kiedy kontrola się zaczynała, do prezesa PK zgłosił się pewien mecenas krakowski z propozycją nie do odrzucenia: dacie milion złotych, to kontrolerzy pójdą do domu i nie będzie problemów. Witold Szybowski pokazał mu drzwi, uważał, że jest czysty. Mylił się. Na każdego można coś znaleźć, jak się chce i ma ku temu ludzi. Co ważne: ten adwokat, choć pojawiał się w zeznaniach w sądzie i prokuraturze, nie został przesłuchany. Zastanawiających rzeczy w tej sprawie jest więcej. Na przykład to, że naczelnik skarbówki, o którym mówię, objął sprawę PK osobistym nadzorem. Sam jeździł do firmy, sam wzywał i przesłuchiwał ludzi. To niespotykane, zwykle rola szefa urzędu skarbowego sprowadza się do nadzoru nad sprawą, nie wykonuje osobiście czynności kontrolnych. Potem został powołany do rady nadzorczej PK, więc opłacało mu się tak starać. W każdym razie kontrola zaczęła się z początkiem 2003 r., w maju zarząd i rada nadzorcza firmy już siedziały.
Ja mam zawsze wątpliwości, kiedy przy różnych sprawach pojawiają się teorie spiskowe. Czy ten krakowski Polmozbyt był tak cenny, że opłacało się dla jego przejęcia korumpować sztab ludzi?
W skali kraju to była niewielka firma, jak na Kraków całkiem duża. Zatrudniająca 350 osób. Ile warta? Nominalnie każda z akcji warta była 2 zł, rynkowo dziesięć razy więcej. Najwięcej warte były nieruchomości. W Krakowie, Nowym Sączu, Myślenicach, Rabce, Gorlicach. Było o co się bić. Chodziło o to, by ktoś mógł przejąć firmę za bezcen. Według moich szacunków wartość Polmozbytu Kraków wynosiła ok. 26 mln zł, nieruchomości warte były 60 mln, zadłużenie wynosiło ok. 15 mln. Firma została przejęta za 2,6 mln zł.
Ale przecież jednym z udziałowców PK był Skarb Państwa. Powinien dbać o majątek nas wszystkich.
To były czasy SLD. I Skarb Państwa na swój sposób zadbał o interesy pewnych ludzi. Po pierwszych aresztowaniach do firmy przyszedł faks z Ministerstwa Skarbu Państwa z żądaniem zwołania walnego zgromadzenia akcjonariuszy (WZA). Nie bardzo miał je kto zwołać, bo ci, co mogli, to siedzieli. Ale tego zadania podjęła się główna księgowa, będąca w firmie także prokurentem. Wyznaczyła jak najszybszy termin, na 30 czerwca, bo od zwołania zgromadzenia do WZA musi minąć co najmniej 30 dni. Potem i ona dostała nagrodę – została mianowana prezesem PK.