Mówią mi: Addie, nic się nie zmieni. Ty już tutaj z nami jesteś i nigdzie cię nie chcemy wyrzucać. Chodzi o to, żeby innych nie wpuszczać. Nie wszyscy Brytyjczycy są jednak tak wyrozumiali.
Nic się nie zmieni – to zdanie słyszę najczęściej, kiedy rozmawiam z rodakami, którzy zakotwiczyli na Wyspach. Ta sama pewność przebija z internetowych czatów. Nienawiść do naszych? Ogólnobrytyjski hejt? Zdarzają się incydenty, ale jeśli ktoś mówi, że to zjawisko, to raczej medialne. Ale gdyby? Gdyby jednak tak się zdarzyło, że będą musieli wracać? Tym, co uderza mnie jak kamień rzucony prosto w twarz, jest to, że odpowiedź brzmi: wtedy pojedziemy szukać szczęścia dalej. Niemcy, Chiny, może Australia czy Nowa Zelandia. Polska? Nie. Na pewno nie. Nigdy. Za nic.
Joanna Karas przyjechała do Anglii 16 lat temu, kiedy pierwsi odważni zaczęli tam wyjeżdżać do pracy. Joanna jest analitykiem medycznym, chciała podnieść swoje kwalifikacje, poduczyć się języka i po roku wrócić. Ale wyszło inaczej, bo poznała swojego przyszłego męża, który namówił ją, aby spróbowali dorabiać się w Londynie. Tyrali na czarno za półdarmo, nie narzekali, zaciskali zęby i pięści, bo nawet gdyby chcieli się poskarżyć, to nie było komu.