Słowo „opera” kojarzy wam się wyłącznie z niekończącymi się duetami o niemożliwej miłości? Błąd. Ten gatunek wciąż się zmienia. Najnowszym operom poświęcona jest lwia część tegorocznej Warszawskiej Jesieni.
Reklama
Lekarze potwierdzają: nie należy reanimować tego, co żyje. Dlatego też próby wymijania konwencji opery sprzed wieków, gdy się ją dziś wystawia – a że publiczności jej nie brakuje, dowodzi istnienie teatrów operowych w czasach silnej komercjalizacji oficjalnego światowego obiegu kultury – w większości są nieudane. Obok tego trendu szukania odniesień współczesnych w operach czasów minionych i podejścia historycznego (z dbałością o maksymalną wierność starym brzmieniom i nawiązaniami do historycznych wykonań) jest jeszcze opera nowa, ta powstająca na naszych oczach, korzystająca z całkiem współczesnych inspiracji i posługująca się nowoczesnym językiem muzycznym, czego większość publiczności zdaje się nie dostrzegać. Tak jest – większość woli zobaczyć kolejną „Traviatę”. Nie ma w tym niczego nagannego ani nawet niewłaściwego, zwłaszcza jeśli się podejmie próbę poznania współczesnych wcieleń ponad 400-letniego gatunku. W końcu każde dzieło było kiedyś współczesne, wiele z powodu zbytniego nowatorstwa na początku odrzucano lub ich przynajmniej nie doceniano. Szokowały nie tylko „Lulu” Albana Berga czy – bliżej nas – „Diabły z Loudun” Pendereckiego. Dla „typowej” publiczności zbyt drastyczne (muzycznie, nie tylko scenicznie) były choćby „Salome” czy „Elektra”, a nawet nasz „Król Roger”. Wszystkie te dzieła dziś są obecne na światowych scenach. Stały się klasyką.
59. edycja Warszawskiej Jesieni – jednego z najważniejszych na świecie spotkań z muzyką współczesną – to okazja do odkrycia opery innej, niekonwencjonalnej. Festiwal nie ma ambicji zostania przeglądem trendów. Jest ich na to zbyt wiele, tak naprawdę – w odróżnieniu od czasów minionych – każdy twórca poszukuje sobie właściwego języka, nawet jeśli znajduje się w większej grupie. A konwencja właściwie przestała istnieć. Każde spotkanie trzeba traktować jako osobne, jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Sprawdzić, na ile to jeszcze opera, na ile inspiracja i gra z minionym. I na ile odpowiada nam (każdemu z osobna).
Czy jesteśmy gotowi zaakceptować fakt, że opera może się już obyć nawet bez śpiewaków, jak „Aaron S.” Sławomira Wojciechowskiego, Pawła Krzaczkowskiego, Krzysztofa Cybulskiego i Normana Leto (nie przez przypadek wpisuję nazwiska wszystkich twórców, nie tylko kompozytora, bo w utworze multimedialnym muzyka nie jest jedynym, co się naprawdę liczy)? Może to nas wręcz zachwyci? Może bliżej nam jednak do podejścia do śpiewaków a la Paweł Mykietyn w „Czarodziejskiej górze”, gdzie są oni absolutnie kluczowym elementem spektaklu, ale za to brakuje (nie, nie brakuje, tylko po prostu nie ma) orkiestry? Czy jesteśmy gotowi na operę na bazie memów, które powstały (w konkursie) w reakcji na plastyczną twórczość senegalskiego artysty El Hadji Sy (autorami koncepcji są Anna Kierkosz i Konrad Dworakowski)? Albo na „Zagubioną autostradę”, ale nie Davida Lyncha, tylko kompozytorki i współlibrecistki Olgi Neuwirth i Elfriede Jelinek (libretto)? Jak odnajdujemy się w świecie klasyczniejących na naszych oczach kompozytorów, jak György Ligeti czy Salvatore Sciarrino? Te pytania warto sobie zadać, jeśli się jest miłośnikiem opery – na potrzeby przeciwstawienia nazwijmy ją – klasycznej. Albo nowej muzyki. Albo po prostu w miarę świadomym użytkownikiem kultury współczesnej. Odpowiedzi będą prawidłowe, tylko jeśli poprzedzi je kontakt, poznanie. Nie z drugiej ręki albo nawet dalszych.
Organizatorzy Warszawskiej Jesieni zapraszają nas do zanurzenia się w oparach opery. Tak brzmi podtytuł tej edycji festiwalu. Opera – jak wiedzą jej oddani miłośnicy – ma pewną szczególną właściwość: jej opary silnie uzależniają, jeśli się jest podatnym. A że się jest, czasami dowiadujemy się z zaskoczenia. Jest to jednak uzależnienie nieszkodliwe, ot, czasem człowiek nie dośpi, bo musi czegoś koniecznie wysłuchać. Pierwszy raz, setny albo tysięczny. Niewielki koszt jak na sumę możliwych korzyści – wrażeń, uniesień, poczucia niezliczonych smaków opery.
59. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”
16–24 września – 25 koncertów, 11 prawykonań, 6 zamówień festiwalowych i 10 pierwszych wykonań w Polsce
Miejsca: Filharmonia Narodowa, Studio Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, teatr IMKA, CSW Zamek Ujazdowski, Soho Factory, Międzynarodowe Centrum Kultury Nowy Teatr, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina, Austriackie Forum Kultury, Park Rzeźby w Królikarni, Cafe Kulturalna, bar Studio
Warszawska Jesień Klubowo: nowy nurt festiwalowy obejmie dyskusje i występy sytuujące się pomiędzy tzw. muzyką poważną i klubową, warsztaty pracy z głosem.
Mała Warszawska Jesień: koncerty, performance i warsztaty dla najmłodszych, m.in. mikroopera „Milcząca rybka” – dla dzieci i dorosłych, którzy razem z nimi przyjdą na spektakl (CSW Zamek Ujazdowski, 18 września, godz. 16)