Konflikt w Syrii Ankara od początku traktowała bardzo instrumentalnie. Nie inaczej jest tym razem. Zaangażowanie tureckiej armii we wczorajszą akcję miało wymiar symboliczny. Doniesienia z pogranicza turecko-syryjskiego mówiły o 10 tureckich czołgach. W mediach krążyły zdjęcia autokaru, którym turecka armia dowiozła rzekomo syryjskich rebeliantów na pole walki.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Atak na Jarabulus rozpoczął się wczesnym rankiem; pod koniec dnia syryjscy rebelianci zamieszczali już na Twitterze zdjęcia z wyzwolonego miasteczka.
Te relatywnie niewielkie siły wystarczyły, by odnieść sukces, ponieważ obecność Państwa Islamskiego na pograniczu turecko-syryjskim jest już symboliczna. Kiedyś przemyt przez tę granicę stanowił poważne źródło dochodów samozwańczego kalifatu; wraz z przejmowaniem kontroli na pograniczu przez milicję syryjskich Kurdów YPG szanse na zarobek malały. Ponadto dżihadyści mają większe zmartwienia, jak chociażby irackie przygotowania do ofensywy na Mosul, miasto o strategicznym znaczeniu dla Państwa Islamskiego.
Ankara doskonale wie, że przejmując kontrole nad okolicą Jarabulus, nie zadaje poważnego ciosu dżihadystom; a już na pewno motywacją do działań nie są finanse kalifatu, biorąc pod uwagę to, że jeszcze jakiś czas temu Turcy przez palce patrzyli na organizowany przez dżihadystów przemyt ropy z syryjskich pól naftowych do Turcji.
Wczorajsza operacja nie znaczy także, że Turcja zamierza aktywniej włączyć się do syryjskiej wojny domowej po stronie opozycji. Ankara konflikt ten od początku traktowała bardzo instrumentalnie; wszak prezydent Erdogan nie podnosił alarmu pod koniec 2014 r., kiedy islamistom udało się przejąć kontrolę nad znacznymi połaciami w północno-wschodniej Syrii. Dopóki tzw. Państwo Islamskie walczyło z reżimem prezydenta Baszara al-Asada – którego, jako sojusznika Iranu, politycy w Ankarze serdecznie nie znoszą – dopóty Turcja wolała się nie mieszać w sprawy Syrii.
Niespodziewanie jednak w syryjskim chaosie na poważną siłę wyrośli Kurdowie. Iraccy – jako pierwsi (co prawda po serii porażek) odnieśli zwycięstwa w walkach z Państwem Islamskim w połowie ub.r. Kurdowie syryjscy – począwszy od zdjęcia oblężenia z Ajn al-Arab, znanego szerzej jako Kobane – czyszczą z dżihadystów pogranicze syryjsko-tureckie i instalują tam własne struktury. Dla Ankary Kurdowie to wróg, w związku z czym nie może pozwolić im zbyt urosnąć w siłę.
Nasuwa się pytanie, czy w takim razie Turcja może planować rozszerzenie tej operacji na całe pogranicze syryjsko-tureckie. To wydaje się mało realne. Po pierwsze, wymagałoby nieporównywalnie większych sił niż te, które wczoraj zostały użyte, bo granica Turcji z Syrią liczy 822 kilometry, a większość terenów przygranicznych po syryjskiej stronie kontrolują właśnie Kurdowie. Na dodatek reakcją na taką operację mogłyby być kolejne zamachy kurdyjskie wewnątrz Turcji. Po drugie trudno taką operację uzasadnić. Nie chodzi nawet o to, że wprowadzenie wojska na teren obcego państwa – nawet jeśli faktycznie ono nie istnieje – to złamanie prawa międzynarodowego.
Kurdyjska milicja YPG jest uważana przez Stany Zjednoczone za kluczowego sojusznika w walce z Państwem Islamskim i z pewnością taka operacja byłaby bardzo źle przyjęta przez Waszyngton; Amerykanie ostrzegli syryjskich Kurdów, aby nie przekraczali rzeki Eufrat – a tak się składa, że Jarabulus leży na zachodnim brzegu rzeki. Turcji, która jest uwikłana w wiele sporów, raczej nie zależy, by jeszcze zaogniać stosunki z USA, zwłaszcza obecnie, gdy zabiega o wydanie Fethullaha Gülena, którego oskarża o zorganizowanie nieudanego puczu z 15 lipca.
Amerykańscy urzędnicy, którzy towarzyszyli wiceprezydentowi Joe Bidenowi podczas wczorajszej wizyty w Turcji, nieoficjalnie wyrażali niezadowolenie z wjazdu tureckich czołgów do Syrii. Także Rosji taka operacja nie jest na rękę. Mimo ocieplenia w stosunkach Moskwy z Ankarą – i to zaskakująco intensywnego – ich interesy w Syrii pozostają zasadniczo sprzeczne: Rosja dąży do utrzymania władzy Baszara al-Asada, Turcja tego nie chce.