Porównania z Margaret Thatcher są i będą nieuniknione. Nie tylko dlatego, że Theresa May została wczoraj jako druga kobieta w historii premierem Wielkiej Brytanii, na dodatek też z ramienia Partii Konserwatywnej. May, podobnie jak Thatcher, wywodzi się z przeciętnej rodziny z klasy średniej, czyli inaczej niż David Cameron.
Podobnie jak Żelazna Dama studiowała w Oksfordzie kierunek niezbyt przydatny w pracy na Downing Street (Thatcher – chemię, May – geografię). I podobnie jak jej poprzedniczka uchodzi za kobietę zdecydowaną, konsekwentną i nieustępliwą. A te cechy będą bardzo przydatne, bo zadanie, przed którym staje May, jest znacznie trudniejsze od wszystkich potyczek z kontynentalną Europą pierwszej Iron Lady razem wziętych.
Ze wszystkich możliwych następców Davida Camerona May jest dla Wielkiej Brytanii wyborem najlepszym. Nie ma może bezpośredniości i charyzmy Borisa Johnsona ani intelektualnej błyskotliwości Michaela Gove’a, ale w tym momencie Zjednoczone Królestwo potrzebuje raczej polityka twardo stąpającego po ziemi, pragmatycznego i konkretnego, który wynegocjowałby najlepsze możliwe warunki wyjścia kraju z Unii Europejskiej, niż kogoś, kto będzie wyłącznie czarował urokiem osobistym. A nawet koledzy z rządu mówią, że May jest chłodna w relacjach, opanowana i do bólu profesjonalna.