Sława, pieniądze, medialny szum – celebrytom nie brakuje motywacji do pchania się w dwuznaczne sytuacje. Ostatnio przekonał się o tym aktor Sean Penn, ale to jedynie kolejny rozdział długiej historii bratania się gwiazd z mafiosami, autokratami, nawet terrorystami.
Don Winslow nie przebiera w słowach. „To brutalnie upraszczający i niefortunnie współczujący portret masowego mordercy. Penn wyobrażał sobie, że trafił w dziennikarską dziesiątkę – zamiast tego jego wywiad stał się produktem ubocznym zauroczenia Guzmana aktoreczką z oper mydlanych. I opowiedział dokładnie tę historyjkę, jakiej chciał Guzman. Linijka po linijce zaaprobowaną przez Penna i magazyn »Rolling Stone«” – gorszy się pisarz, którego bestseller „The Cartel” to luźna wariacja na temat rzeczywistej historii narkotykowego kartelu Guzmana.
Reklama
Echa sensacyjnego wywiadu przeprowadzonego przez hollywoodzkiego aktora z meksykańskim narkobaronem nie milkną. Joaquin Archivaldo Guzman Loera był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Meksyku. Po sąsiedzku, w Stanach Zjednoczonych, przez lata rywalizował z Osamą bin Ladenem o miano „wroga publicznego numer jeden” (magazyn „Forbes” umieszczał go mniej więcej w połowie listy stu najpotężniejszych osób na świecie). Dobiegający sześćdziesiątki gangster od połowy lat 80. kierował meksykańskim kartelem narkotykowym Sinaloa: „najpotężniejszą organizacją przemytniczą świata” (według amerykańskich służb wywiadowczych), „najpotężniejszą organizacją przestępczą w Meksyku” (według „Los Angeles Times”). Od lat 90. do końca poprzedniej dekady szmuglerzy z kartelu Sinaloa wprowadzili na amerykański rynek ok. 200 ton kokainy i pewnie drugie tyle heroiny. Z rąk podwładnych Guzmana zginęły najprawdopodobniej tysiące ludzi – rywale z innych gangów, policjanci, przypadkowi ludzie.

Reklama
Wszystko za sprawą „El Chapo”. Ksywkę Guzmana można tłumaczyć jako „karzeł” czy „kurdupel”, ale nijak ma się ona do podszytego strachem szacunku, jaki budzi narkobaron w swojej ojczyźnie. Nie ulega za to wątpliwości, że 1,68 metra wzrostu to atut, gdy chodzi o ucieczki z więzienia: udało mu się to dwa razy, w 2001 i 2015 roku, pierwszy raz prawdopodobnie w wózku z brudną bielizną, za drugim razem dzięki liczącemu setki metrów podkopowi pod celę.
– Naprawdę chciałbyś spotkać „El Chapo”? Każdy chciałby go spotkać. Znaleźć go. Ty go nie spotkasz. Nikt go nie spotka – szydził w rozmowie z Malcolmem Beithem, autorem biografii gangstera „The Last Narco. Hunting El Chapo, The World’s Most-Wanted Drug Lord”, jeden z podwładnych Guzmana. Przez lata kartel trzymał się tej żelaznej zasady. Nic dziwnego, że dla Penna – jak i dla setek dziennikarzy z całego świata – możliwość rozmowy z najpotężniejszym gangsterem świata była niezwykłą gratką.
A gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Guzman zrobił wyjątek od swoich zasad, jeśli wierzyć obiegowej plotce, ze względu na swoją (odwzajemnianą) słabość do telewizyjnej gwiazdki Kate de Castillo. To ona skontaktowała Penna z gangsterem i towarzyszyła koledze po fachu w trakcie realizacji przedsięwzięcia. Być może ona też nadała ton całej rozmowie – podczas której El Chapo wyłożył całą swoją filozofię. – Jesteście bandą pieprzonych dupków. Wiesz dlaczego? Nie macie jaj, żeby być tym, kim chcecie być – perorował Guzman, co Penn skrzętnie odnotował w opublikowanym w magazynie „Rolling Stone” tekście. – Potrzebujecie ludzi takich jak ja. Żebyście mogli wyciągnąć swój pieprzony palec i powiedzieć: oto zły gość. Czy to czyni was dobrymi? Nie jesteście dobrzy – dorzucał.
Penn gangstera wysłuchał, skrzętnie zanotował co bardziej kąśliwe tyrady i wspominki rozmówcy z czasów dzieciństwa na sielskiej meksykańskiej wiosce. Dołożył do tego garść własnych egzaltowanych przeżyć z podróży na spotkanie z gangsterem oraz przemyślenia na temat trudnego losu Meksykanów, które miały w zamyśle pozwolić się wczuć w skórę narkobarona. Pominął przy tym „zasługi” Sinaloa dla półświatka na całym świecie, krwawe żniwo, jakie kartele zbierają w samym Meksyku, konsekwencje, jakie najbiedniejszym rodakom przynoszą poczynania „El Chapo” i jemu podobnych. Zapewne, gdyby chodziło o dziennikarza, sprawa stałaby się co najwyżej przyczynkiem do branżowych plotek i docinków. Ale chodziło o celebrytę: kogoś, kto wyciska ze swojego – w tym przypadku kinowego – audytorium emocje, nierzadko pośrednio dyktując swoim fanom, jak mają żyć i co myśleć.
Syndrom Hanoi Jane
Dla Penna obecny medialny szum to nie pierwszyzna. Aktor – znany wcześniej raczej z wdawania się w burdy i burzliwe związki – odkrył pasję do społecznego zaangażowania przeszło dekadę temu, gdy huragan Katrina spustoszył Nowy Orlean. W niewielkiej łódce, w której najwięcej miejsca zajmował sprzęt towarzyszącej mu z kamerą ekipy, dowoził do odciętych przez wodę mieszkańców miasta worki z żywnością. Po tej przygodzie zostało kilka zdjęć gwiazdora ze strzelbą w ręku (w spustoszonym Nowym Orleanie zakwitła wówczas przestępczość) oraz parę kadrów z nielicznymi przewiezionymi w bezpieczne miejsce poszkodowanymi.
Penn zasmakował za to w zaangażowaniu: był na spustoszonym trzęsieniem ziemi Haiti (2010) czy zalanych powodzią terytoriach w Pakistanie (2012). W przeciwieństwie jednak do Angeliny Jolie czy George’a Clooneya nie poprzestał na firmowaniu swoją twarzą pomocy dla ofiar kataklizmów. Już po Katrinie zaczął z pasją pomstować na politykę administracji George’a W. Busha i dosyć bezkrytycznie bronić przywódców latynoamerykańskich. – Każdego dnia tego wybranego przez ludzi przywódcę nazywa się tu dyktatorem – mówił o nieżyjącym już Hugo Chavezie, prezydencie Wenezueli. – Powinien zostać ustanowiony jakiś zakaz głoszenia takich kłamstw, za złamanie którego powinno się trafiać do więzienia – grzmiał. – Mam nadzieję, że dyplomaci będą potrafili nawiązać prawdziwy dialog, by rozwiązać spór, tym bardziej że świat nie może już dziś tolerować absurdalnych demonstracji kolonializmu – dowodził z kolei podczas wizyty w Argentynie, która wypadła w czasie niedawnego ponownego zaostrzenia się sporu o Falklandy między Buenos Aires a Londynem.
Oczywiście ostre polityczne poglądy w Hollywood nie są niczym nowym. Przy okazji każdej kampanii wyborczej w USA media licytują się na wyliczankę, który z aktorów opowiedział się „za” lub „przeciw” danemu kandydatowi. Brad Pitt, George Clooney i Matt Damon to ta lewa strona kinowej sceny politycznej, Jon Voight, Chuck Norris i Clint Eastwood są po prawej. Eastwood przeszedł do historii Partii Republikańskiej, wygłaszając na jej konwencji w 2012 r. monolog do pustego krzesła, symbolizującego Baracka Obamę. Norris nie ustaje w przechodzeniu do historii. – To bardzo prawdopodobne, że te ćwiczenia to coś więcej – komentował ubiegłej jesieni manewry wojskowe o nazwie „Jade Helm” na południu USA, odpowiadając na pytania, czy za ćwiczeniami armii może kryć się tajny plan rządu odebrania broni mieszkańcom Teksasu i sąsiednich stanów.
Idolem Penna wydaje się jednak Oliver Stone. Słynny reżyser, weteran wojny wietnamskiej, twórca „Plutonu”, „Urodzonych morderców”, „Wall Street” czy dramatu politycznego „JFK”, kilkanaście lat temu zaczął uciekać od kina fabularnego do filmowej publicystyki. Taką eskapadą był dokument stanowiący zapis wizyty Stone’a u Fidela Castro. Doświadczony – i wydawałoby się, wyczulony na manipulację – reżyser całkowicie poddaje się urokowi sędziwego rewolucjonisty. Wspólnie dywagują o trudach obalania dyktatur (sic!), cygarach, trudnych decyzjach, jedzeniu, kobietach. Stone chętnie pokazuje tłum entuzjastycznie witający limuzynę Comandante (to również tytuł filmu) i skromny styl życia lidera Kuby, który nie gardzi skromnym obiadem w przypadkowej knajpce. W podobnej, choć już nieco mniej kordialnej, tonacji były utrzymane „sequele” filmu: „Looking For Fidel” i „Castro In Winter”. Stone powrócił do Ameryki Łacińskiej przy okazji późniejszego „South of the Border”, portretując z sympatią nową falę lewicowych przywódców z kontynentu: m.in. Raula Castro z Kuby, Evo Moralesa z Boliwii, Rafaela Correę z Ekwadoru.
Cóż, i tak można chyba uznać, że Hollywood wyciągnęło pewną naukę z naiwności starszych pokoleń celebrytów. Stone, jak dotąd, uniknął losu francuskiego reżysera Barbeta Schroedera, który zachwycał się talentami i czarem Idi Amina, dyktatora Ugandy. W 1978 r. Vanessa Redgrave wzbudziła kontrowersje swoim poparciem dla Palestyńczyków w konflikcie z Izraelem (skądinąd nie tak dawno równie radykalnie wystąpiło w tej sprawie aktorskie małżeństwo, Javier Bardem i Penelope Cruz), radykalne wystąpienia Johna Lennona najpierw doprowadziły do inwigilowania go przez FBI, a w końcu do wyrzucenia na jakiś czas z USA. Jane Fonda, która w ramach protestu przeciw wojnie wietnamskiej dała się sfotografować na działku przeciwlotniczym Wietkongu, do dziś musi się tłumaczyć ze swojej eskapady. – Byłam przeciwniczką wojny, a nie naszych żołnierzy – tłumaczyła jeszcze niedawno. – Pozując do tego zdjęcia, popełniłam wielki błąd. Zachowałam się beztrosko i bezmyślnie – kajała się przed Hanoi Jane.
Trypolis by night
Jeśli Fonda tłumaczy się z jednego wybryku od lat, Jennifer Lopez ucięła sprawę lakonicznymi przeprosinami. Latynoamerykańska gwiazda kina i estrady błysnęła niemal trzy lata temu czterogodzinnym show w tradycyjnym turkmeńskim stroju oraz wzruszającym „Happy Birthday” adresowanym do prezydenta Gurbanguły Berdymuhammedowa. Przez dwa tygodnie gwiazda i jej menedżerowie zbywali krytyczne publikacje milczeniem, co tylko zresztą sprowokowało media do przyjrzenia się wcześniejszym kontraktom piosenkarki – i okazało się, że bywa ona w tej części świata częściej, m.in. na weselu syna uzbeckiego oligarchy Azama Asłamowa czy na urodzinach innego kontrowersyjnego biznesmena, Rosjanina Telmana Ismaiłowa. Na jednej z tych imprez bawił się z kolei Ramzan Kadyrow, w żelaznym uścisku trzymający od lat Czeczenię. W sumie wspomniane kontrakty miały przynieść J.Lo jakieś 10 mln dol. – I co, to wciąż dziewczyna z sąsiedztwa? – kąsał twittami Ronan Farrow, specjalizujący się w prawach człowieka (i nomen omen, również uchodzący w USA za celebrytę) prawnik.
Naiwność, młodzieńczy bunt, zmęczenie mainstreamowymi uproszczeniami, poglądy polityczne – wszystko dałoby się zrozumieć. Dzisiaj jednak celebryci firmują reżimy i wątpliwej proweniencji indywidua po prostu – w ramach umowy o dzieło. J.Lo ma oddanych fanów na terytorium dawnego ZSRR, podobnie jak Kanye West, który wykonał fuchę w Kazachstanie, czy Sting, który pokusił się na koncert dla córki uzbeckiego – permanentnego – prezydenta Islama Karimowa.
Za to w Afryce bryluje Mariah Carey. Piosenkarka wystąpiła dwa lata temu na świątecznej imprezce rządzącego Angolą od trzech dekad Jose Eduardo dos Santosa, a w 2008 r. zabawiała jednego z synów Muammara Kaddafiego – Mutassima. Mutassim zginął skądinąd u boku zlinczowanego ojca, ale wcześniej potrafił się zabawić: na jego imprezach pracowały Lindsay Lohan, Beyonce, jej mąż Jay Z czy Jon Bon Jovi. Dla seniora i innych członków klanu libijskiego dyktatora występowali też Nelly Furtado i 50 Cent (stawka wynosiła około miliona dolarów za koncert). Lionel Richie przez pewien czas cieszył się w Libii statusem artysty kultowego: został ściągnięty na występ z okazji 20. rocznicy amerykańskich nalotów na Libię (czyli w 2006 r.).
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że szlaki przecierały gwiazdy estrad już kilka dekad wcześniej. W 1974 r. na koncert zorganizowany przez podległe Mobutu Sese Seko – dyktatorowi ówczesnego Zairu, dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga – zjechały gwiazdy takie jak „ojciec chrzestny soulu” James Brown, B.B. King oraz legenda salsy – Celia Cruz. W czasach apartheidu dla południowoafrykańskich elit koncertowały takie grupy, jak Black Sabbath, Queen, Boney M i Rod Stewart oraz, o ironio, Tina Turner. Hawana, jeszcze w czasach Fidela Castro, gościła zespoły Manic Street Preachers i Audioslave (ten drugi utrwalił zresztą swój występ na okolicznościowej płycie DVD). Już za czasów Raula na wyspie zawitali Beyonce i Jay Z, prawdopodobnie inkasując zwyczajowe honorarium, oscylujące w granicach miliona dolarów. Mimo wszystko trudno jednak zarzucić coś pod tym względem Seanowi Pennowi.
Tatuaż albo dziura po kuli
Nie tylko o pieniądze zresztą chodzi. Penn może uchodzić za wyleczonego pijaka czy damskiego boksera (choć on sam grozi pozwami wszystkim, którzy tak o nim mówią), ale mimo adekwatnych do renomy ról nie znajdziemy w jego biografii fascynacji twardzielami z (pół)światka. A niewątpliwie gwiazdy mają słabość do postaci pokrewnych „El Chapo”.
Nomen omen pełne spektrum „chłopców z ferajny” znajdziemy na planie pierwszego i drugiego „Ojca chrzestnego”, najwyraźniej Coppola stawiał na naturszczyków. Roberta De Niro przez lata podejrzewano o związki z klanem Gambino – pewne jest, że gwiazdor pod koniec lat 90. nawiązał znajomość z cynglem klanu Anthonym „Grubym Andym” Ruggiano: w oparciu o opowieści mafijnego kilera powstała postać zagrana w „Depresji gangstera”. Filmowy Sonny Corleone – czyli James Caan – przez lata obnosił się z przyjaźniami wśród członków nowojorskiego klanu Colombo, a pięć lat temu wyłożył nawet pieniądze na kaucję dla Andrew „Andy’ego Musha” Russo, aresztowanego przez FBI mafiosa (gangster jest ojcem chrzestnym syna aktora). W obsadzie pojawia się też Lenny Montano, zwalisty ochroniarz rodziny Corleone, w realu pracujący dla Colombo; Alex Rocco, w młodości zamieszany w mafijne zabójstwo; Gianni Russo, aktor o włoskich korzeniach, którego pradziad miał być znanym sycylijskim mafioso, co zapewniało prawnukowi szacunek wśród nowojorskich gangsterów – i ułatwiało ekipie Coppoli pracę na Staten Island; czy wreszcie Tony Sirico – aktor charakterystyczny, zwłaszcza jeśli zna się jego historię: zanim wziął się za aktorstwo, był aresztowany 28 razy.
– Tam, gdzie dorastałem, każdy gość chciał się popisać. Najlepiej, jak miał tatuaż albo dziurę po kuli – opowiadał Sirico w wywiadzie prasowym udzielonym po latach. – Ja miałem to i to. Na 28 aresztowań miałem zaledwie dwa wyroki skazujące, trzeba więc uznać, że miałem niezłe wyniki – dodawał lekko. I niech ta swada posłuży za wytłumaczenie dla fenomenu „Rodziny Soprano”, obsadzonej według podobnego kryterium jak „Ojciec chrzestny” (Sirico zagrał w obu produkcjach), a także – za częściowe choćby wytłumaczenie fascynacji artystów i celebrytów półświatkiem.
Frank Sinatra, przynajmniej u zarania kariery, cieszył się wsparciem ojca chrzestnego z rodziny Genovese – który poratował piosenkarza pożyczkami i pomógł w rozwiązaniu kontraktu z „opornym” menedżerem. W zamian artysta zabawił uczestników mafijnego zlotu w Hawanie w 1946 r. Potem bawił się w towarzystwie legendarnego Lucky Luciano i grywał w golfa z Samem Giancaną, podobno adorował Bugsy Siegela. FBI ma w archiwach 2403 strony protokołów dokumentujących powiązania Sinatry z półświatkiem.
Doskonałe relacje z „ferajną” miał Joe DiMaggio – słynny baseballista i mąż Marylin Monroe – co posłużyło za podstawę do teorii spiskowej głoszącej, że DiMaggio namówił swoich „przyjaciół” do zemsty na prezydencie Kennedym za romans z Marylin. Tito Puente, symbol latynoskiego jazzu, karierę robił w mafijnych klubach. Liza Minelli randkowała ze wspomnianym już Giannim Russo, ale z członkami klanu Gambino biesiadowała już bez pośredników. Magia „ojców chrzestnych” działa nawet w Europie – Brytyjka Elisabeth Hurley miała się przez pewien czas spotykać z jednym z dziedziców mafijnego imperium rodziny Colombo. O raperach, którzy czas wolny spędzają w towarzystwie dawnych towarzyszy broni z ulicznych gangów, w zasadzie nie warto już nawet wspominać.
Strategiczna pozycja na świeczniku
– No i zgadnijcie, co? Kocham gościa! Ten facet jest naprawdę niesamowity – Denis Rodman po powrocie z Phenianu nie mógł się nachwalić swojego gospodarza. Kim Dzong Un, trzeci z dynastii północnokoreańskich dyktatorów, wyprawił emerytowanemu koszykarzowi iście królewskie przyjęcie, a fotografie dokumentujące świetną zabawę celebryty sportowego świata i azjatyckiego satrapy obiegły cały świat. Świat przez kilka dni oburzał się na Rodmana, ale ten nie stracił rezonu. – Nie pochwalam tego, co robi, ale to mój przyjaciel – skwitował pytania ekskoszykarz. I zapowiedział wspólne wakacje z nowym kumplem.
Cóż, w tym przypadku trudno mówić o poglądach czy interesowności. Celebrytów w ramiona czarnych charakterów pchają też próżność i głupota. Rodman jest tego idealnym przykładem, zwłaszcza że medialna kariera tego sportowca dobiegła końca już dawno temu. Jego kolega z NBA, Hakeem Olajuwon, po zakończeniu kariery przeszedł na islam i zaczął przekazywać pieniądze muzułmańskim organizacjom w USA, jak popadnie: wkrótce okazało się, że część z nich wylądowała na kontach powiązanych z Al-Kaidą. Z kolei gdyby spojrzeć na listę zagranicznych gości Ramzana Kadyrowa, znajdziemy tam Jean-Claude’a Van Damme’a – gwiazdora kina akcji lat 80., czy Vanessę Mae – urodziwą skrzypaczkę, która dobre dwie dekady temu podbijała sceny połączeniem muzyki klasycznej z popem, a dwa lata temu na igrzyskach zimowych reprezentowała Tajlandię, zajmując ostatnie miejsce w narciarstwie alpejskim. Julio Iglesias przypomniał o sobie trzy lata temu w Gwinei Równikowej.
Penn nie musi o sobie przypominać, jego kariera – choć nie tak spektakularna jak kiedyś – wciąż jest godna pozazdroszczenia. 8 stycznia meksykańscy komandosi dopadli „El Chapo” w jego kryjówce. Następnego dnia ukazał się artykuł Penna. Aktor przez prawie tydzień nie reagował publicznie na ciskane na jego głowę gromy. W końcu wyszedł z cienia. – Mój artykuł zawiódł. Bardzo żałuję – skomentował posępnie. – Bardzo żałuję, że cała dyskusja o artykule ignoruje jego cel, jakim miało być wywołanie dyskusji na temat wojny z narkotykami – dowodził. Problem w tym, że wywiad z „El Chapo”, poza swobodnym i dalekim od elegancji potokiem wypowiedzi narkobarona, nie wnosi do naszej wiedzy o narkotykowym przemyśle nic, czego byśmy wcześniej nie wiedzieli. Nie sugeruje żadnych rozwiązań, niewiele mówi o motywach, praktykach czy filozofii liderów karteli ani o Meksyku.
Czy skórka była warta wyprawki? W przypadku Penna pewnie jeszcze tak, nawet jeśli myśl stojąca za dziełem nie jest nazbyt głęboka. Ale współcześni celebryci nie mogą sobie pozwolić na to samo, na co pozwalali sobie dekadę wcześniej czy w XX wieku. „Dyskretne interesy z dyktatorami są dziś coraz trudniejsze dzięki kamerom w telefonach i mediom społecznym. A w internecie przeszłość to teraźniejszość. Błędy popełnione lata temu żyją online w nieskończoność. Gdy to czytasz, jesteś o jedno kliknięcie od zdjęcia Van Damme’a wyznającego miłość dyktatorowi Czeczenii czy Lopez śpiewającej „Happy Birthday” przywódcy Turkmenistanu. Nowe skandale ożywiają stare” – kwitował na stronach „Huffington Post” publicysta portalu.
W Afryce bryluje Mariah Carey, która wystąpiła dwa lata temu na imprezce rządzącego Angolą od trzech dekad Jose Eduardo dos Santosa, a w 2008 r. zabawiała jednego z synów Muammara Kaddafiego – Mutassima. Mutassim zginął u boku zlinczowanego ojca, ale wcześniej potrafił się zabawić: na jego imprezach pracowały Lindsay Lohan, Beyonce, jej mąż Jay Z czy Jon Bon Jovi. Dla seniora i innych członków klanu libijskiego dyktatora występowali Nelly Furtado i 50 Cent.