Z pozoru rzecz wydaje się prosta: wyjść na ulicę i zabić tylu ludzi, ilu się da. Jednak każdy atak terrorystyczny na większą skalę – zwłaszcza taki jak w Paryżu – jest wielkim wyzwaniem logistycznym. Operację trzeba zaplanować, sfinansować, przeprowadzić, a przede wszystkim utrzymać w tajemnicy. A potem jeszcze odpowiednio nagłośnić.
W hali Bataclan był ktoś, kto rozmawiał z nami przez telefon. Ukrywał się na zapleczu. Powiedział, że słyszy kolejne strzały, że słyszy, jak rozstrzeliwują ludzi – opowiadał rzecznik policyjnych związkowców Nicolas Comte. Policja więc nie zwlekała, szturm jednostki antyterrorystycznej zaczął się w ciemno – dosłownie i w przenośni.
W pierwszej chwili funkcjonariusze myśleli, że to woda, dopiero po chwili zdali sobie sprawę, że brodzą we krwi – mówił Comte. – Musieli torować sobie drogę w ciemnościach, krocząc po ciałach. Ranni ich widzieli. Przyzywali ich, błagali. Próbowali złapać się jednego z moich kolegów, gdy przechodził obok nich, ale oficerowie nie mogli im pomóc – dodawał. Najpierw należało wyeliminować zagrożenie. Tak też się stało. Gdy policjanci weszli na salę, w której znajdowało się dwóch napastników, między nimi a terrorystami było ok. 20 zakładników. Strzały padły z obu stron jednocześnie – policjanci doliczyli się potem śladów 27 serii z automatów na swoich metalowych tarczach. Mimo ostrzału pierwszy z terrorystów zginął niemal natychmiast. Widząc jego śmierć, drugi natychmiast się wysadził. – Wtedy funkcjonariusze zobaczyli dziesiątki, dziesiątki ciał leżących pokotem, ze strasznymi ranami. Moi koledzy potem powiedzieli mi: widzieliśmy piekło – kwitował Comte.