W tym tygodniu zbombardowano nas smutną informacją: Polska przegrała konkurs o fabrykę samochodów. I to nie byle jaką, bo Jaguara. Warta kilka miliardów złotych inwestycja miała zapewnić nawet 6 tys. nowych miejsc pracy. Wicepremier Janusz Piechociński uznał, że Jaguar domagał się zbyt dużych pieniędzy od polskiego rządu – nawet ponad 700 mln zł. A my chcieliśmy dać „tylko” 350 mln. Słowacy okazali się hojniejsi. Czy znaczy to jednak, że wygrali?
Reklama
A przecież miało iść w zupełnie inną stronę. Globalizacja miała prowadzić do konkurencji opartej na warunkach dla biznesu w liberalnym tego słowa rozumieniu. Chodzi o niskie i proste podatki, przewidywalne prawo, twarde przestrzeganie własności prywatnej. Na koniec okazuje się, że Jaguar, wybierając miejsce na biznes, przychodzi do krajowego rządu i pyta „No, to ile nam zapłacicie?”. Więc nie, długofalowo Słowacy nie wygrali. (Nie wygrali też Polacy, bo jednak lepiej mieć inwestorów, niż ich nie mieć).
O ile kojarzymy intuicyjnie konkurencję z czymś pozytywnym, tutaj jednak na niej przegrywamy. Dużo korzystniejszy byłby oligopol krajów wyszehradzkich, polegający na umowie, że żadne nowe granty rządowe nie będą oferowane. Jeśli część uzna, że lepiej im się zainwestuje w Bangladeszu, to trudno. Reszta zostanie, bo nasza wykwalifikowana i wciąż względnie tania siła robocza pozostanie na miejscu. Sztuczne podbijanie warunków inwestowania pieniędzmi podatników to kosztowna krótkowzroczność.