Losy ugody rozstrzygną się w amerykańskim Kongresie, ale dyskusje o nim potrwają co najmniej do wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, planowanych na listopad 2016 r.
Porozumienie nuklearne z Iranem rodzi ogromne nadzieje. W samym Iranie – na odbudowę zerwanych wskutek sankcji związków ze światem zewnętrznym i szybszy rozwój gospodarczy. Wśród przedstawicieli zachodnich koncernów – na powrót do zasady „business as usual”. W gabinetach zachodnich przywódców – na postęp w rozwiązywaniu największych problemów Bliskiego Wschodu z Państwem Islamskim na czele.
Reklama

Reklama
To także wielki sukces dwóch przywódców – powoli kończącego swoją dekadę rządów prezydenta USA Baracka Obamy, który obiecywał uczynić świat miejscem bezpiecznym także pod względem rozpowszechnienia broni masowego rażenia, oraz jego irańskiego odpowiednika Hasana Rouhaniego, który zastępując w 2013 r. radykalnego poprzednika Mahmuda Ahmadineżada, obiecywał otwartą i bardziej zrównoważoną politykę zagraniczną.
Wiedeńskie negocjacje trwały trzy miesiące, a ich ostatnia, trzytygodniowa runda była – jak policzył Reuters – najdłuższym od zakończenia drugiej wojny światowej okresem, w którym amerykański urzędnik rangi sekretarza stanu (czyli John Kerry) przebywał w celach służbowych poza granicami USA. – Otwieramy proces, dzięki któremu relacje Iranu nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale i całym światem zaczną się zmieniać – mówił prezydent Obama.
Jego optymizmu nie podzielał największy krytyk układania się z Teheranem, premier Izraela Benjamin Netanjahu, według którego proces ten zaowocuje zmianą, ale na niekorzyść, ponieważ ma prowadzić do wojny atomowej. Netanjahu liczy, że po przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA następca Obamy spowoduje na odwrócenie umów. – Nie poparłbym układu, który pozwala mułłom zachować zdolność do budowy broni jądrowej, zagrażać Izraelowi, kontynuować ekspansję w regionie i wspierać terroryzm – mówił republikanin Marco Rubio, który ma ochotę na przeprowadzkę do Białego Domu.
Już dziś widać, że porozumienie z Iranem stanie się ważnym tematem kampanii wyborczej, zwłaszcza że Amerykanów czeka długotrwała próba sił w Kongresie. Kontrolowany przez republikanów parlament zapewnie odrzuci układ, jednak w kolejnym punkcie scenariusza nie zdoła obalić prezydenckiego weta. Parlamentarna epopeja potrwa co najmniej do jesieni. Demokraci przekonują, że porozumienie z Iranem tym razem jest warte poparcia, ponieważ opiera się na kontroli, a nie tylko na zaufaniu.
Porozumienie zakłada, że Iran ograniczy liczbę wirówek wzbogacających z 19 tys. do 8 tys., które w dodatku będą należały do modeli starszej generacji. Umieszczone wewnątrz góry, a zatem odporne na ataki z powietrza, centrum wzbogacania uranu w Fordow ma zostać przekształcone w fizyczny ośrodek badawczy, zaś irańskie zasoby wzbogaconego uranu – ograniczone z 10 tys. kg do 300 kg w ciągu najbliższych 15 lat. Teheran zapewni też dostęp inspektorom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej do wszystkich podejrzanych instalacji, a w zamian może oczekiwać zniesienia sankcji gospodarczych nałożonych przez ONZ oraz – niezależnie od niej – przez państwa Zachodu.
Do 1 lipca potrwa jeszcze uzgadnianie technicznych szczegółów ugody. Mimo to już dziś główny negocjator po stronie Iranu, minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif, jest nazywany w swoim kraju bohaterem narodowym.